Między Davos a Kuźnicą Białostocką
Janusz A. Majcherek


Idea wolnego handlu zwycięża na całym świecie i we wszystkich środowiskach. Podczas dorocznego spotkania światowej elity ekonomicznej i politycznej w Davos nikt nie śmiał powiedzieć przeciw niej złego słowa. W tym samym czasie polscy handlarze z Podlasia podjęli okupację wschodnich przejść granicznych z żądaniem otwarcia ich dla przybyszy ze wschodu, swoich klientów i kontrahentów. Coraz częstszym tematem ekonomicznych konferencji i artykułów w prasie fachowej staje się rozwój sprzedaży przez sieć internetową, realizującej wolnorynkowy ideał: każdy w dowolnej chwili i miejscu może kupić co zechce. W opóźnionej nieco pod względem technologicznym Polsce ideał ten starają się na razie wcielić w życie uczestnicy handlu na niezliczonych bazarach, przybywający z całego mniej rozwiniętego świata, zwłaszcza wschodniej jego części.

Ta powszechna afirmacja wolnego rynku i otwartej gospodarki jest zjawiskiem stosunkowo świeżej daty. Jeszcze dziesięć lat temu znaczną większość obszaru świata zajmowały państwa i bloki państw o gospodarce regulowanej administracyjnie, wyłączonych z konkurencji oraz zamkniętych przed kapitałami, towarami i obcymi przybyszami. Polityka celna i wizowa należały do najważniejszego instrumentarium rządów, bynajmniej nie tylko w bloku komunistycznym. Sprawowanie kontroli nad krajową gospodarką i swoboda arbitralnego kształtowania kursów walutowych, stóp procentowych, deficytów budżetowych czy systemu podatkowego uchodziły powszechnie za autonomiczną domenę władz politycznych, a ochrona wewnętrznych rynków była traktowana jako naturalna funkcja państwa. W latach 70. nawet w zachodniej Europie, objętej już systemem wspólnego rynku, zdarzała się nacjonalizacja banków, mająca pozwolić na kontrolowanie przez rządy systemu finansowego i podporządkowanie go polityce gospodarczej państwa. Protekcjonizm i interwencjonizm, regulacyjne działania w gospodarce, były traktowane jako zwyczajne.

W Polsce, jeszcze przez kilka lat po upadku systemu nakazowo-rozdzielczego, ochrona krajowego rynku stanowiła nośne hasło polityczne, a zarzut o niszczenie rodzimych producentów z rozmaitych branż przez zagraniczną konkurencję należał do rutynowych argumentów przeciw polityce ekonomicznej Balcerowicza i kolejnych rządów. Jeszcze przed ostatnimi wyborami zdarzali się kandydaci zapowiadający zamknięcie polskiego rynku dla zagranicznych supermarketów i zaostrzenie przepisów regulujących nabywanie nieruchomości przez cudzoziemców. Partie szermujące takimi hasłami zostały jednak przez polskich wyborców odesłane do kąta.

Co sprawiło, że nastąpił tak powszechny odwrót od protekcjonizmu na świecie i w Polsce? Upadek komunizmu i ujawniony wraz z tym rozmiar zacofania spowodowanego polityczną nadregulacją gospodarki, miał na pewno siłę odstraszającą. Zachętę natomiast i przykład pozytywny stanowiły Stany Zjednoczone, które dzięki stosowaniu i forsowaniu wolnego handlu odniosły spektakularne sukcesy ekonomiczne. Europejskie rządy od co najmniej kilku lat z wielkim wysiłkiem starają się sprostać wymaganiom nałożonym sobie przez traktat z Maastricht, podczas gdy USA osiągają znacznie lepsze wyniki bez stosowania drastycznych posunięć i księgowych sztuczek oraz nie osłabiając koniunktury na rynku wewnętrznym, a wręcz przeciwnie. Desperackie usiłowania zredukowania poziomu deficytów budżetowych poniżej 3-procentowego progu zrodziły w krajach Unii Europejskiej wiele napięć i przejściową dekoniunkturę, a tymczasem USA doprowadziły do zrównoważenia budżetu w trakcie i przy okazji szybkiego wzrostu gospodarczego. Europa za przeregulowanie rynku pracy płaci kilkunastoprocentowym bezrobociem, natomiast w USA jest o­no ponaddwukrotnie niższe.

Postępy europejskiej integracji oraz rozszerzanie wspólnego rynku na kolejne kraje kontynentu również jednak przyczyniły się do spopularyzowania wolnego handlu. Z kolei spektakularne, porównawcze przykłady z krajów Ameryki Łacińskiej pokazały, że polityka protekcjonizmu i nadregulacji, wiązana tradycyjnie z tamtejszym typem populistycznych dyktatur, prowadzi do znacznie gorszych rezultatów niż wolny rynek, swobodna konkurencja i deregulacja systemu gospodarczego, odważnie zainicjowana przez niektórych polityków tego regionu w ostatnich kilkunastu latach.

Jeżeli ktoś miał jeszcze mimo tego jakieś wątpliwości, czy rzeczywiście protekcjonizm bardziej szkodzi niż chroni i faktycznie przynosi gorsze rezultaty niż wolny obrót gospodarczy, to niedawny kryzys w niektórych krajach azjatyckich, stosujących ekonomiczny paternalizm i izolacjonizm, odebrał ostatnie już bodaj argumenty zwolennikom respektowania lokalnej specyfiki i dostosowywania polityki gospodarczej do partykularnych warunków. Mit "azjatyckiego modelu" nie wytrzymał konfrontacji z globalizującym się rynkiem oraz uniwersalistyczną ideą wolnego handlu i otwartej gospodarki, a tamtejsze "tygrysy", zazdrośnie strzegące własnych rewirów, zostały zmuszone do przeorientowania strategii i swoich systemów ekonomicznych, poprzez dostosowanie ich do wymogów światowej konkurencji.

Zwycięstwo idei wolnego handlu nie byłoby możliwe, gdyby przekonali się do niej tylko eksperci dokonujący analiz porównawczych światowej gospodarki czy specjaliści śledzący przebieg i rezultaty procesów ekonomicznych zachodzących na innych kontynentach. Jeśli dali się do niej przekonać politycy, to najwyraźniej oznacza, że zmieniło się również nastawienie ich wyborców. To nie dokonało się jednak samoczynnie. Jeżeli brytyjscy labourzyści, chcąc wygrać wybory, musieli odrzucić cały, nagromadzony przez dziesięciolecia socjalistyczny sztafaż programowy i zaakceptować strategię wolnorynkową, to dzięki spuściźnie po znienawidzonej przez nich dawniej Margaret Thatcher, która swoją wytrwałą i nieustępliwą działalnością zdołała przekonać rodaków, żeby porzucili miraże państwowej opiekuńczości i zaufali swoi własnym siłom oraz sile wolnego rynku. We Francji nie było męża stanu o takich poglądach, sile charakteru i determinacji, więc Francuzi wciąż pozostają miłośnikami państwa socjalnego, politycznych regulacji w gospodarce i protekcjonizmu ekonomicznego.

A w Polsce? Gdy odbywało się Światowe Forum Ekonomiczne w Davos, a kupcy białostoccy żądali otwarcia granicy dla handlarzy ze wschodu, rząd podejmował decyzję o ochronie krajowego, zmonopolizowanego rynku żelatyny, walczył o wyższe cła na wyroby stalowe z UE, szukał sposobów na wyeliminowanie zagranicznej konkurencji dla Ursusa... Zapewne jest jeszcze za wcześnie by oceniać czy Leszek Balcerowicz odegrał w Polsce rolę porównywalną z Margaret Thatcher w Wielkiej Brytanii, bo wciąż - w przeciwieństwie do niej - pełni funkcje rządowe. Jeśli jednak odbywają się manifestacje handlarzy z żądaniami otwarcia granic, a protekcjonistyczne hasła nie zapewniają poparcia wyborców, to nie jest źle. Ochrony przemysłu stalowego, rolnictwa, producenta żelatyny czy Ursusa domaga się przecież nie ogół obywateli i elektoratu, lecz poszczególne grupy interesu, reprezentowane przez konkretnych polityków. Żaden protekcjonizm nie chroni bowiem dobra całego społeczeństwa, ani nawet jego większości, jak wmawiają ekonomiczni i polityczni demagodzy, lecz tylko interesy pojedynczych grup, jest więc sprzeczny z ideą państwa jako dobra wspólnego. Powinien być więc odrzucony i zwalczany właśnie w imię ochrony owego wspólnego dobra.



2007 ©  Krakowskie Towarzystwo Przemysłowe
http://www.ktp.org.pl/