Straszenie obcym
Marek Dąbrowski


Polski system bankowy oceniany jest wysoko na tle innych krajów transformujących. Doroczne raporty Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju tradycyjnie plasują go na drugim miejscu po Węgrzech. Pomimo bankructw i kłopotów kilku pomniejszych banków, uniknęliśmy systemowego kryzysu bankowego, który przeżyły np. kraje bałtyckie, Rosja, Bułgaria, Rumunia i Kyrgyzstan. Pozytywny rozwój wydarzeń zawdzięczamy szeregu czynnikom, m. in. dobrej jakości ustawodawstwu, systematycznie umacnianemu nadzorowi bankowemu i sprawnie przeprowadzonej restrukturyzacji banków państwowych w latach 1993-1995. Nie poślednie miejsce zajmuje jednak na tej liście polityka prywatyzacyjna oraz stosunkowo wczesne (w porównaniu do innych krajów) otwarcie polskiego sektora bankowego dla kapitału zagranicznego.

Kontrolne pakiety szeregu byłych banków państwowych były w trybie przetargowym oferowane renomowanym bankom zagranicznym. Jednocześnie banki zagraniczne mogły wchodzić kapitałowo do funkcjonujących już prywatnych lub sprywatyzowanych banków, a także tworzyć nowe banki, będące ich własnością oraz oddziały w Polsce. Napływ kapitału zagranicznego do polskiego sektora bankowego niesie za sobą szereg korzyści. Rośnie szybko poziom usług i ich konkurencyjność, poprawia się kultura zarządzania bankami. Polskie banki stają się częścią światowej infrastruktury finansowej, co sprzyja zwiększonemu napływowi inwestycji zagranicznych i wzrostowi zaufania do polskiej gospodarki. Poprawia się alokacja kapitału (oszczędności) w skali makro, a tym samym efektywność kredytowanych projektów i bezpieczeństwo wkładów ludności i przedsiębiorstw.

Wiadomo, że żaden z europejskich lub światowych gigantów finansowych, działających w Polsce, nie przekroczy granicy dopuszczalnego ryzyka, a tym bardziej nie dopuści celowej defraudacji pieniędzy powierzonych mu przez depozytariuszy, gdyż oznaczałoby to katastrofalny uszczerbek dla jego reputacji w skali globalnej. Tego typu gwarancji nie ma w przypadku banków, stanowiących własność państwa lub krajowego kapitału prywatnego, incydentalnie zaangażowanego w biznes bankowy. W pierwszym przypadku istotną rolą odgrywają zwykle naciski polityczne i urzędnicza asekuracja, a w drugim częstokroć krótkowzroczne interesy akcjonariuszy biorą górę nad bezpieczeństwem depozytów (ostatni przykład Banku Staropolskiego).

Pośrednictwo finansowe jest szczególnym rodzajem działalności gospodarczej, gdzie reputacja i związane z nią zaufanie klientów odgrywa szczególną rolę. Sprawnie działające banki mogą pomóc w mobilizacji krajowych i zagranicznych oszczędności i ich efektywnym inwestowaniu, przyczyniając się w ten sposób do przyśpieszenia wzrostu gospodarczego. Z kolei słaby, nieelastyczny, upolityczniony, a przy tym niekiedy skorumpowany system bankowy będzie hamował wzrost gospodarczy, dodatkowo wywołując kryzysy finansowe.

Z punktu widzenia budżetu państwa otwarta polityka prywatyzacyjna, nie dyskryminująca żadnej grupy inwestorów gwarantuje maksymalizację wpływów fiskalnych, które finansują koszty reformy emerytalnej oraz umożliwiają oddłużanie państwa.

Przypomnienie różnorodnych korzyści, związanych z nieskrępowanym udziałem inwestorów zagranicznych w prywatyzacji i rozwoju polskiego sektora bankowego, wydaje się nieodzowne wobec powtarzających się erupcji protestów, politycznych emocji i pospolitej demagogii. Tak było np. przy okazji prywatyzacji Banku PEKAO SA, niedoszłej fuzji Banku Handlowego i BRE, nieudanej próby odwołania Ministra Emila Wąsacza, czy ostatnio przy okazji próby przejęcia kontroli nad BIG Bankiem Gdańskim przez Deutsche Bank, a Banku Handlowego przez City Bank. Kampania na rzecz obrony "polskości" systemu bankowego skupia pod swoimi sztandarami całkiem egzotyczną koalicję: nacjonalistyczne i populistyczne (a faktycznie anty-kapitalistyczne) odłamy prawicy, "europejską" lewicę, prawie wszystkie partie i stronnictwa chłopskie, a nawet niektórych "liberałów", lansujących preferencje dla rodzimego kapitału lub snujących mętne teorie o społecznym charakterze przedsiębiorstwa i konieczności zachowania rodzimej kultury zarządzania w sektorze bankowym.

Trudno przytoczyć wszystkie argumenty wypowiadane przez przeciwników nadmiernej, ich zdaniem, obecności obcej własności w polskich bankach. Najdalej idącymi są te o utracie suwerenności gospodarczej i politycznej. Trudno oprzeć się wrażeniu, że źródła tego typu rozumowania sięgają swoimi korzeniami do sposobu postrzegania wielkiego kapitału, a banków w szczególności, przez Różę Luksemburg lub Lenina. A wówczas, gdy są o­ne dodatkowo okraszone spiskową interpretacją międzynarodowych stosunków gospodarczych i politycznych oraz ksenofobią kojarzą się z przeciwstawnym krańcem spektrum ideologicznego.

W rzeczywistości zachodnie banki i grupy finansowe, stające się właścicielami polskich banków, mają międzynarodowy charakter, działają na terenie szeregu krajów i nie reprezentują interesów politycznych lub gospodarczych żadnego konkretnego państwa lub rządu. Kierują się kryterium zysku i chęcią własnej ekspansji. Ich zachowania ekonomiczne i reakcje rynkowe są bardziej przewidywalne, niż np. banków państwowych lub częściowo państwowych, a nawet niektórych krajowych banków prywatnych. Ułatwiają więc raczej, a nie utrudniają prowadzenie narodowej polityki gospodarczej, np. polityki monetarnej, gdyż czynią rynki finansowe bardziej elastycznymi i przejrzystymi.

Oczywiście polityka gospodarcza każdego współczesnego państwa musi się liczyć z reakcją międzynarodowych rynków finansowych i zagranicznych inwestorów, ale wynika to raczej z postępu globalizacji, niż takiej, a nie innej struktury własności banków i innych instytucji finansowych. Poza tym dyscyplinujące oddziaływanie rynków finansowych korzystnie wpływa na jakość prowadzonej polityki gospodarczej. Jeśli więc mówić o ograniczonej suwerenności narodowej polityki gospodarczej we współczesnym świecie, to dotyczy o­na przede wszystkim prawa do popełniania błędów i dokonywania populistycznych eksperymentów.

Poza przypadkami ksenofobicznych lęków i profesjonalnej niekompetencji, argumenty o suwerenności stanowią często zasłonę dymną dla obrony konkretnych interesów materialnych lub personalnych. Jak bowiem inaczej ocenić np. "patriotyczny" lament jednego z krajowych banków, chcącego zakupić od państwa na uprzywilejowanych warunkach inny bank pod hasłem zachowania jego polskiego charakteru, a zapominającego przy tym, że sam o­n pozostaje w znacznym stopniu własnością kapitału zagranicznego. Albo święte oburzenie "wybitnych" ekspertów, którzy okazują się być przewodniczącymi rad banków, zagrożonymi utratą swojej funkcji w przypadku zmiany przez bank właściciela.

To samo dotyczy często powtarzanego postulatu preferencji dla rodzimego kapitału. Abstrahując już od argumentów jakościowych (patrz wyżej), w praktyce oznacza to przyznanie uprzywilejowanej grupie inwestorów krajowych upustu cenowego, który o­ni po pewnym czasie spieniężą, odsprzedając i tak kontrolny pakiet inwestorowi zagranicznemu. Część potencjalnych wpływów z prywatyzacji, zamiast trafić do kasy publicznej, znajdzie się więc w kieszeniach prywatnych. Nie wykluczone, że beneficjenci są gotowi w takich przypadkach do okazania "wdzięczności" decydentom, finansując np. ich kampanię wyborczą.

Wydaje się, że to jest jedna z istotnych przyczyn, dla których przejmowanie polskich banków przez renomowane banki międzynarodowe budzi aż tyle emocji. Zwęża się bowiem dramatycznie pole dla zjawiska określanego mianem korupcji politycznej: obsadzania rad i zarządów banków "swoimi" ludźmi, finansowania "pod stołem" partii politycznych i ich kampanii wyborczych, uzyskiwania dogodnych kredytów, wydawania dyspozycji bankom "przez telefon", realizacji politycznie motywowanych przedsięwzięć na rynku medialnym, itp. Nie trzeba tłumaczyć, że klienci banków i, szerzej ujmując, całe społeczeństwo i gospodarka, mogą tylko skorzystać na szerszej obecności renomowanych banków zagranicznych w Polsce.

Doświadczenie międzynarodowe pokazuje jednoznacznie na korzyści płynące z obecności w sektorze bankowym krajów rozwijających i transformujących się renomowanych banków międzynarodowych. Wspomniane już Węgry mają jeszcze większy udział kapitału zagranicznego w swoim sektorze bankowym, niż Polska i w żaden sposób nie szkodzi to interesom węgierskiej gospodarki i suwerenności państwa. Tak samo znacząca poprawa działalności banków latynoamerykańskich w latach dziewięćdziesiątych związana była z ich prywatyzacją i przejęciem przez kapitał zagraniczny. Z drugiej strony, kraje zamykające swój sektor bankowy dla kapitału zagranicznego, takie jak Korea, Indonezja i Rosja, "dorobiły się" patologicznych struktur oligarchicznych i przeżyły dramatyczne kryzysy bankowe i walutowe. W pewnym stopniu podobna charakterystyka dotyczy także Japonii i Czech.

O tym doświadczeniu nie wolno zapominać w ferworze krajowych debat politycznych. Co więcej, permanentne rozniecanie histerii wokół obecności banków zagranicznych w Polsce może tylko zaszkodzić wizerunkowi i reputacji naszego kraju wśród inwestorów zagranicznych i tak już dostatecznie wyczulonych na powtarzające się u nas anty-kapitalistyczne i ksenofobiczne resentymenty. Nie pomoże nam to również w negocjacjach o członkostwo w Unii Europejskiej, gdzie swoboda przepływu kapitału i swoboda świadczenia usług stanowią fundamenty Wspólnego Rynku Europejskiego.



2007 ©  Krakowskie Towarzystwo Przemysłowe
http://www.ktp.org.pl/