Misja i pieniądze
Janusz A. Majcherek


Gdy po niemal dziesięciu latach od rozpoczęcia systemowej transformacji, reformy strukturalne dotarły wreszcie do dziedzin i sektorów zdominowanych przez grupy zawodowe utożsamiane tradycyjnie z inteligencją, ich reakcja nie różniła się od tej, jaką okazali po 1990 roku rolnicy i robotnicy. Przywiązanie do anachronicznego modelu funkcjonowania okazało się ponadklasowe.

Nie ulega wątpliwości, że w 1989 r. niezbędne było skoncentrowanie reformatorskiego impetu na sferze produkcji, handlu i usług komercyjnych, bowiem znajdowały się o­ne w stanie najgłębszej zapaści, a opóźnienie radykalnych działań groziło rychłymi i groźnymi konsekwencjami. Stabilizacja makroekonomiczna, poczynając od zatamowania hiperinflacji i przywrócenia równowagi finansów publicznych, była bezwzględnym priorytetem i wymagała szybkich, a nawet błyskawicznych posunięć. Jak wiadomo, na uboczu pozostawiono niewygodne i z politycznych powodów oporne branże przemysłowe (górnictwo, przemysł zbrojeniowy) oraz całe dziedziny usług publicznych (oświata, ochrona zdrowia). Po pewnym czasie, czyli wieloletnich opóźnieniach, przyszła i na nie kolej. Efekty okazały się niejednoznaczne, a w tych drugich wręcz rozczarowujące.

Można się zżymać na niektóre naiwne wyobrażenia i absurdalne oczekiwania rolników, stoczniowców czy włókniarek, lecz trzeba przyznać, że już od lat przeważająca większość pracowników rolnictwa i przemysłu poddana jest presji mechanizmów rynkowych, choćby i łagodzonej różnymi instrumentami protekcjonistycznymi. Jeśli nawet ich bunt przeciw rosnącym wymogom stawianym przez rynek przybiera niekiedy formy kuriozalne i irracjonalne, nie można zaprzeczyć, że ma o­n realne przesłanki w rzeczywistych dolegliwościach zaznawanych przez pracowników tych branż (drastyczne zaostrzenie dyscypliny pracy, zwiększone wymagania co do kwalifikacji, znacznie wyższe standardy wydajności pracy, a przy nieumiejętności podołania im - zwolnienia i bezrobocie).

Tymczasem w sektorze usług publicznych długo funkcjonowała zasada "czy się stoi, czy się leży...", niegdyś charakteryzująca właśnie postawę robotników przemysłowych i stosunki pracy w realnym socjalizmie. Oznacza to, że rolnicy i robotnicy, znacznie gorzej przygotowani profesjonalnie, intelektualnie i mentalnie do sprostania wymogom ekonomicznej racjonalności, zostali im poddani szybciej i silniej, niż lepiej wykształceni i wszechstronniej zawodowo przygotowani przedstawiciele zawodów inteligenckich.

Kiedy reformy wreszcie wkroczyły do skostniałych i nieefektywnych struktur ochrony zdrowia i oświaty, reakcją był opór, a niekiedy wręcz bunt. Niższy personel medyczny, reprezentowany przez pielęgniarki, nie wahał się użyć metod protestacyjnych zaczerpniętych z arsenału środków wypróbowanych przez robotników, ze strajkami okupacyjnymi, głodówkami i ulicznymi zbiegowiskami włącznie. Część lekarzy, zwłaszcza anestezjologów, zastosowała metody bardziej finezyjne, lecz polegające na odmowie wykonywania pracy, co zostało uznane za szokujące i niedopuszczalne w tym zawodzie. Pozostali jednak odwołali się do sposobów typowo inteligenckich, nie grożących proletaryzacją, a opartych na kształtowaniu opinii. Dziennikarze (skądinąd dawno już i całkowicie skomercjalizowani), zawsze łaknący sensacji i skłonni do bulwersowania publiczności, mnożyli więc podsuwane im przez lekarzy przykłady klęsk i nieszczęść, jakie na placówki służby zdrowia ściągnęła reforma. Każdy szpital i przychodnia okazywały się pokrzywdzone i zagrożone likwidacją, a pacjenci narażeni na utratę zdrowia i życia. Była to więc reakcja w istocie podobna do tej, z jaką znaczna część robotników przemysłowych odniosła się do reform balcerowiczowskich z początku dekady, lecz jedynie wyrażona bardziej subtelnymi środkami.

Niedawno przez telewizyjne programy informacyjne przewinęła się postać jednego z dyrektorów Centrum Zdrowia Dziecka, alarmującego o wycofaniu się kas chorych z kontraktowego finansowania jego placówki, co o­n sam i dziennikarze prezentowali w aurze skandalu. Zastanawiać mogło, że współpracy z CZD odmówiły wszystkie kasy chorych. Wkrótce pracownica jednej z nich wyjaśniła, że w Centrum nie stosuje się elementarnego rachunku ekonomicznego, nie ma porządnej księgowości, kosztorysów, cenników itp. Pan doktor wypełnia wraz ze swoimi wysoko kwalifikowanymi współpracownikami bezdyskusyjnie chwalebną misję ratowania najciężej dotkniętych chorobami dzieci, więc na takie przyziemne aspekty funkcjonowania swojej instytucji uwagi nie zwraca. W tej branży to raczej reguła, nie wyjątek. Niemal wszyscy lekarze uważają, że skoro ich praca ma cechy publicznej służby, więc muszą się na jej finansowanie znaleźć publiczne pieniądze, a skąd, to już nie ich zmartwienie. Ale ktoś się tym martwić musi.

Podobnie rozumują nauczyciele, stanowiący drugi z najbardziej typowych zawodów inteligenckich. Bronią statusu nieusuwalnych urzędników, gwarantowanego im Kartą Nauczyciela i protestują przeciw zamykaniu jakiejkolwiek szkoły, choćby nawet brakowało już w niej uczniów. Ponieważ w niektórych ośrodkach, zwłaszcza prowincjonalnych, pokrywa się to z dążeniami części rodziców, wyżej ceniących sobie bliskość szkoły, niż jej poziom, zatem władze samorządowe utrzymują takie szkoły-widma, a nawet tworzą nowe placówki, zwane przez ministerstwo "wirtualnymi gimnazjami". Gdyby takie kryteria i metody stosowano w rolnictwie, do dzisiaj funkcjonowałyby PGR-y (skądinąd ku radości niektórych dawnych pracowników oraz obecnych polityków, tęskniących za nimi i pomstujących na ich likwidację).

Perypetie reform w służbie zdrowia i oświacie są na ogół postrzegane jako wynik błędów popełnionych przez przygotowujących i nadzorujących je polityków i urzędników. Nie kwestionując karygodnych niekiedy rzeczywiście pomyłek i zaniedbań, można jednak dostrzec także dwuznaczne lub zupełnie jednoznaczne postawy i poczynania pracowników tych obu dziedzin, dążących do utrzymania w nich status quo.

Pozostała jeszcze jedna inteligencka domena, w której status quo jest utrzymywany i żadna reforma nie dotarła, dlatego pogrąża się o­na w zapaści. To instytucje wymiaru sprawiedliwości. Sposób funkcjonowania i efekty pracy polskiego sądownictwa wołają o pomstę do nieba, ocierając się wręcz o sabotaż, jeśli zważyć znaczenie władzy sądowniczej dla sprawności i stabilności państwa. Sędziowie i prokuratorzy, mający reprezentować interes publiczny, zapewnili sobie status wyjętych zupełnie spod publicznej kontroli samowładców, traktujących jakąkolwiek krytykę jako zamach na zasadę niezawisłości. To w tej atmosferze środowiskowego samozadowolenia i zadufania możliwe są takie kuriozalne poglądy, jak sformułowana przez prezesa Naczelnego Sądu Administracyjnego opinia, że sądowe wyroki powinny być wyjęte spod publicznej oceny aż do uprawomocnienia, czyli do czasu gdy nie będzie już można ich zmienić, a błędów naprawić. Na wszelkie zastrzeżenia co do swojej pracy, sędziowie i inni pracownicy wymiaru sprawiedliwości mają stałą ripostę: dajcie więcej pieniędzy! To, niestety, stały refren, dobiegający z różnych środowisk inteligenckich, od artystów, przez lekarzy, na owych sędziach kończąc. Na szczęście, jest już zbyt ograny i nudny, coraz niechętniej słuchany i coraz bardziej drażniący.

Nie przeprowadzimy naprawy wymiaru sprawiedliwości, jeśli nie wprowadzimy elementarnego porządku organizacyjnego w sądownictwie. Jak długo terminy rozpraw, przydziały poszczególnych spraw będą zależeć od prezesa sądu, a prezes sądu będzie wybierany przez sędziów - czyli będzie myślał, jak im zrobić dobrze, a nie jak dobrze zrobić klientom sądu, czyli obywatelom - tak długo cały ten system działać nie będzie. Potrzebna jest twarda, podporządkowana ministrowi sprawiedliwości administracja sądowa, która wyegzekwuje pewien elementarny porządek w sensie organizacji sądów, terminowości ich pracy, przygotowania sędziów do rozpraw, która będzie oceniać pracę sędziów itd. - powiedział niedawno poseł Rokita i w tym przypadku trafnie wyraził przekonanie powszechnie wśród obywateli panujące.

Krytykowanie postaw i zachowań inteligencji uchodzi za prostackie i znamionujące polityczny radykalizm. W istocie jest jednak łatwe i nieuniknione, bo jej przedstawiciele dostarczają mnóstwa do tego powodów, a nie powinni, jeśli ich aspiracje miałyby zasługiwać na zrozumienie.



2007 ©  Krakowskie Towarzystwo Przemysłowe
http://www.ktp.org.pl/