Szkoda TEGO podatku
Mariusz Szymański


Gdy w lipcu zeszłego roku wicepremier Balcerowicz zaproponował wprowadzenie podatku liniowego od dochodów osobistych, dyskusja dotycząca finansów publicznych stała się przyjemnie interesująca. Za podatkiem liniowym opowiedzieli się między innymi Marek Dąbrowski z Centrum Analiz Społeczno Ekonomicznych CASE, Krzysztof Dzierżawski z Centrum Adama Smitha czy Stanisław Michalkiewicz z Unii Polityki Realnej. Pojawiło się więcej artykułów pisanych z pasją. Propozycja jednolitego, liniowego podatku dochodowego brzmi dzisiaj prawie jak rewolucja. Odważne jego wprowadzenie może stać się rewolucją i to w najlepszym tego słowa znaczeniu - komentował Krzysztof Bień. W jakiejś mierze można było poczuć się jak na przełomie roku 1989/1990, gdy dyskutowano kształt nowego ustroju gospodarczego, a decyzje nie miały w sobie niczego z rutyny.

O podatku liniowym mówiono już w Polsce wcześniej, ale w radykalnie liberalnych środowiskach, propozycja była więc poza głównym nurtem polityki. Dopiero wyraźne opowiedzenie się wicepremiera rządu i zarazem szefa dużej partii politycznej pokazało, że temat nie jest ekskluzywny oraz - co może jest nawet ważniejsze - nastąpiło zerwanie z wyczuwalną tendencją, że nie ma o co walczyć, ponieważ rozwiązanie i tak nie jest możliwe do przeprowadzenia.

Jeszcze parę miesięcy temu wydawało się, że po okresie przejściowym możliwe będzie wprowadzenie podatku liniowego. W takiej perspektywie dyskutowane obecnie propozycje dwóch stawek podatku od dochodów osobistych można by zobaczyć jako etap, środek do celu. Tymczasem z niedawnych doniesień prasowych można się dowiedzieć, że oba ugrupowania koalicji chciałyby, aby docelowo stawki tego podatku były dwie. Nie ma więc siły politycznej, która uznałaby podatek liniowy za element swojego programu wyborczego (nawet na dłuższą metę), a tymczasowo utrzymywała temat w parlamencie. Cisza panująca obecnie wokół podatku liniowego świadczy, że nasi prawicowcy zrezygnowali z takiego pomysłu, uznając go za ryzykowny lub nierealistyczny.

Tym samym prawica gospodarcza pozbawia się bardzo dobrego i użytecznego narzędzia, z którego w wyborach można by uczynić oręż, w zależności od układu sił na dłuższą lub krótszą metę, mający dodatkowo walor edukacyjny dla wyborców. Czym bowiem będą się chciały różnić obozy polityczne w dyskusjach podatkowych? Dowodzeniem, że nowa kwota wolna od podatku to nie jest stara kwota powiększona o wskaźnik wzrostu wynagrodzeń, ale jeszcze o dwa punkty? Albo symulacjami, w których mieszać się będą kwota wolna, stawki podatkowe, progi, ulgi czy wspólne rozliczanie się małżonków? Nie twierdzę, że argumenty te są mało znaczące, na pewno nie są jednak wystarczająco wyraziste w politycznych sporach. Przy panującej filozofii Ministerstwa Finansów, by na sytuację budżetu większy wpływ miały podatek obrotowy i akcyza, dyskusja obywatelska (tj. obywateli, którzy wiedzą ile płacą i za to wymagają od państwa) dotycząca wysokości podatku dochodowego traci na swojej politycznej ostrości. Lewica, prawica, centrum mogą się różnić na temat wielkości redystrybucji PKB przez budżet i jej celów.

To prawda, że prawica europejska zrezygnowała z podatku liniowego, dając wyraz przekonaniu, że progresja jest trwałym elementem systemu (ceną płaconą za spokój bogatych), a co najwyżej można starać się, by redystrybucja dochodu narodowego przez rząd była mniejsza niż proponowana przez lewicę. Progresja musi być, postarajmy się tylko niech będzie na modłę prawicy - stwierdzono.

Paul Johnson, niewątpliwie kompetentny obserwator brytyjskiej sceny politycznej napisał niegdyś, że Partia Konserwatywna będzie musiała włączyć do swego programu podatek pogłówny, ten sam, który przyczynił się do wzrostu niechęci wobec premier Margaret Thatcher, ponieważ w przeciwnym wypadku konserwatyści nie uzyskają dostatecznie klarownego obrazu wśród elektoratu, dzięki któremu będą mogli odróżnić się od Partii Pracy. Otóż o analogię z taką sytuacją właśnie chodzi. Podatek liniowy w Polsce: odważny, bo tak rzadki (w Europie jest tylko w Estonii), ze stojącą u jego podstaw koncepcją sprawiedliwości, uchodzący za wystarczająco ideologiczny, by dyskusji podatkowej nie upodabniać do seminarium księgowych, czytelny przez swoją konstrukcję, prosty w naliczaniu, antybiurokratyczny, może stać się elementem wyróżniającym prawicę gospodarczą.

Szkoda, że właśnie UW nie podchwyciła pomysłu wicepremiera, pozostawiając go w osamotnieniu. Trudno też było wyrobić sobie opinię, czy sprzeciw koalicjanta wobec propozycji Balcerowicza ma źródło w tym, że zgłosił ją samodzielnie, przez co miał ucierpieć prestige premiera, czy też w wyniku poważniejszych racji politycznych. Dochodziły przecież głosy z AWS, że np. w otoczeniu Wiesława Walendziaka czy - szerzej - w SKL podatek ten ma swoich zwolenników.

Pozostaje apelować do tych partii, aby na swoich konferencjach programowych włączyły podatek liniowy w obszar swoich programów. Jest to cel ambitny, ale przez to również wart skruszenia kopii.



2007 ©  Krakowskie Towarzystwo Przemysłowe
http://www.ktp.org.pl/