Syndrom poloneza
Janusz A. Majcherek


Już w kilkanaście dni po uzyskaniu formalnego członkostwa w NATO, polskie władze i opinia publiczna stanęły wobec konieczności praktycznego zdeklarowania i realizacji wynikających stąd zobowiązań. Okazało się, że poparcie dla akcji sojuszu w Jugosławii jest dość powszechne i przeważające, ofiarność na rzecz poszkodowanych znaczna, gotowość wzięcia udziału w misji wojskowej wysoka, natomiast brakuje środków, przy pomocy których to poparcie, ofiarność i gotowość moglibyśmy zamienić w skuteczne czyny. Polskie lotnictwo - a była to formacja kluczowa w pierwszej fazie bałkańskiej operacji - okazało się nie tylko niezdolne do włączenia się w militarną jej część, ale nawet do zapewnienia wystarczającej ilości sprawnego sprzętu transportowego do przewozu środków zebranych w trakcie akcji pomocy humanitarnej dla bałkańskich uchodźców. Wyszło na to, że polska kompania, przewidziana do służby w ochronie obiektów wojskowych w Albanii, ma się tam udać... pociągiem.

W ten sposób Polacy potwierdzili po raz kolejny stereotyp siebie jako sojuszników lojalnych i ofiarnych, chętnych do wojaczki i poświęceń, ale biednych, zacofanych technologicznie i zapóźnionych logistycznie. Można się ewentualnie pocieszać tym, że Czesi - kolejni, obok nas, nowi członkowie NATO - również zachowali się zgodnie ze stereotypem, wykazując dość powszechną niechęć do angażowania się w wojskowe przedsięwzięcia Paktu, daleko idące wątpliwości co do potrzeby działań militarnych oraz intencje pozostania raczej na ich uboczu, jak przystało na rodaków Szwejka. Pozostaje nam zatem cieszyć się, że Czechy nie są naszym jedynym sojusznikiem oraz zabrać się do pracy nad podniesieniem naszej infrastruktury wojskowej do poziomu porównywalnego z naszym morale.

Przez ostatnie 10 lat Polacy nie byli przygotowani do podjęcia takiego tematu. Po pierwsze, koniec zimnej wojny stwarzał sugestie zaniku zewnętrznych zagrożeń, a więc i skłonność do rezygnacji z traktowania obrony jako pierwszoplanowego zadania państwa, skoro tyle było innych ważnych zmian do przeprowadzenia i problemów do rozwiązania. Po drugie, przez cały praktycznie ten okres Polska nie miała żadnych zobowiązań sojuszniczych, które musiałaby brać równie serio i wykonywać równie starannie, jak te wynikające z wielostronnych umów gospodarczych, zawartych w tym okresie z rozmaitymi organizacjami międzynarodowymi. Po trzecie zaś, przeważająca większość dawnej opozycji antykomunistycznej, która doszła do władzy 10 lat temu, miała skłonności pacyfistyczne i wykazywała niewielkie zrozumienie lub wręcz niechęć do problematyki militarnej.

Z drugiej strony prowadziła swoją coraz bardziej destrukcyjna i awanturniczą działalność związkowa reprezentacja pracowników przemysłu zbrojeniowego. Wbrew pozorom, wszczynane przez nią kampanie na rzecz wspierania przez państwo dawnych fabryk produkujących sprzęt wojskowy, wcale nie służyły poprawie stanu uzbrojenia, a tym bardziej logistycznej infrastruktury polskiej armii. Po pierwsze, pracownicy i związkowcy domagali się podtrzymywania produkcji sprzętu z czasów członkostwa w Układzie Warszawskim, dostosowanego do jego ram i potrzeb, a zupełnie niekompatybilnego ze standardami NATO. Po drugie zaś, załogi fabryk zbrojeniowych oraz ich związkowi i polityczni reprezentanci żądali kierowania się przez państwo ich partykularnymi, a nie jego nadrzędnymi interesami, czyli finansowania produkcji bez względu na jej przydatność wojskową, poziom technologiczny i racjonalność ekonomiczną.

Splot tych wszystkich czynników sprawił, że gigantyczne środki publiczne zostały zmarnowane na kompletnie bezużyteczne przedsięwzięcia, zaangażowanie w które odwlekło na wiele lat przyjęcie racjonalnej i efektywnej strategii modernizacji polskich sił zbrojnych i przemysłu zbrojeniowego. Programy budowy samolotów "Iryda", helikopterów "Huzar" czy czołgów "Twardy" pochłonęły mnóstwo pieniędzy i skończyły się tym, czym musiały: zupełną klapą.

Dodatkową rolę odegrał w tym syndrom "poloneza". Jeszcze kilka lat temu wielu entuzjastów wszystkiego, co "nasze", domagało się utrzymania samodzielnego, rodzimego przemysłu motoryzacyjnego, którego tyleż spektakularnym, co żałosnym symbolem był ów wehikuł, w istocie stanowiący dokonaną przez domorosłych majsterkowiczów z Żerania przeróbkę starodawnych konstrukcji zagranicznych, wykorzystywanych wcześniej do produkcji samochodów licencyjnych. "Polonez" więc, mimo swojej szumnej nazwy, nie był ani polskim, ani dobrym samochodem. Gdy jednak prywatyzowano i sprzedawano żerańską fabrykę, wymuszono na kupujących ją Koreańczykach kontynuowanie produkcji tego archaicznego modelu. Od tego czasu polski przemysł motoryzacyjny, przejęty i zasilony kapitałowo przez wielkie koncerny, rozwinął się i unowocześnił niesłychanie, czyniąc z "poloneza" tym wyraźniejszy relikt. Podobnie niektórzy inni rzecznicy "polskości" przemysłu zbrojeniowego, zauroczeni legendami o rodzimych przedwojennych samolotach "Łoś" i pistoletach "Vis", a przeczuleni na punkcie zagranicznego kapitału, postulowali wspieranie i finansowanie produkcji rzekomo polskiego uzbrojenia, będącego w istocie często modyfikacją sprzętu sowieckiego, eksploatowanego w czasach przynależności do Układu Warszawskiego. Oprócz tego, że nie są to konstrukcje aż tak dobre, to przeważnie nie są też wcale całkiem polskie. Jeśli zaś są całkiem polskie, to przeważnie są do niczego. Można się z nich spodziewać takiego pożytku, jak z samochodu "Beskid", innego osiągnięcia rodzimej myśli technicznej.

Oprócz ekonomicznego sensu przedsięwzięć produkcyjnych, w przemyśle zbrojeniowym liczy się też aspekt strategiczny. Chodzi nie tylko o to, czy sprzęt jest dobry i czy jego produkcja się opłaca, ale czy jest o­n zgodny ze standardami militarnymi, wynikającymi z usytuowania polskiej armii w szerszym systemie wojskowo-logistycznym. Karabiny Kałasznikowa, których zakup próbuje wymuszać na ministerstwie obrony załoga "Łucznika", być może są niezłe, ale droższe niż produkowane gdzie indziej, polskie wojsko ma ich pod dostatkiem, potrzebuje akurat nie karabinów, lecz helikopterów, a na dodatek polscy żołnierze będą musieli niedługo strzelać z broni o innym zupełnie kalibrze.

Kompromitujące fakty, ukazujące technologiczną i infrastrukturalną mizerię polskiej armii, każą też zapytać o wielkość i wykorzystanie publicznych funduszy przeznaczonych na obronę.

Klasycy nowożytnej myśli politycznej powtarzali, że najważniejszym, konstytutywnym zadaniem państwa, sensem i celem jego istnienia jest zapewnienie wewnętrznej i zewnętrznej obrony jego obywatelom. W III RP obowiązują inne priorytety.

Na obronność państwo polskie wyda w tym roku nieco ponad 2 proc. PKB, czyli ok. 12,5 mld PLN. Jest to wielokrotnie mniej niż wynoszą dotacje do funduszy ubezpieczeń społecznych. Z sumy tej połowa zostanie przeznaczona zresztą także na cele socjalne kadry zawodowej i cywilnych pracowników wojska. Na zakup nowego sprzętu i uzbrojenia z budżetu MON wykrojono jedynie 15 proc. w kwotach bezwzględnych są to sumy znacznie niższe od tych, które zostaną wydane np. na interwencyjny skup świń i zboża. Jeśli państwo zajmuje się głównie działalnością socjalną, a na dodatek skupem nierogacizny, to nie można się dziwić, że nie ma środków na helikoptery bojowe. To nieuchronne, gdy uważa się, że główną powinnością państwa nie jest zbrojna obrona obywateli, lecz ich ochrona socjalna.

Fakt, że wstąpienie do NATO tak szybko pociągnęło za sobą konieczność wykazania przydatności Polski dla Paktu oraz obnażyło infrastrukturalne niedostatki, może się stać jednak pozytywną inspiracją. Podobno wkrótce ma ruszyć program głębokiej restrukturyzacji i częściowej prywatyzacji przedsiębiorstw prowadzących produkcję zbrojeniową, przy udziale kapitału z państw NATO. Polska ma złożyć zamówienia sprzętu dla naszej armii w renomowanych firmach, w zamian za ich zaangażowanie kapitałowe w polskich fabrykach i ulokowanie w nich swojej produkcji. Może nie zostaniemy producentami myśliwców F-16 czy helikopterów Apache tak szybko i łatwo, jak staliśmy się wytwórcami samochodów opel, fiat i daewoo, ale jest nadzieja, że będziemy mieć w tym jakiś udział i wynikające stąd korzyści, większe na pewno niż z produkcji "Irydy" czy "Huzara" oraz całej reszty rodzimej Wunderwaffe.



2007 ©  Krakowskie Towarzystwo Przemysłowe
http://www.ktp.org.pl/