Czym się gryzą miliarderzy czyli, zrób duże pieniądze i rozdaj
Leszek Skowroński


Pamiętam gdy byłem siedmiolatkiem rozmowy z kolegami na temat: co byś zrobił gdybyś miał milion milionów? I pamiętam tez ciszę gdy dyskutantów zatykał ogrom tej liczby, wyobraźni nie starczało na pomysł, co zrobić z ta furą pieniędzy. Każda sugestia wydawała się śmiesznie głupia i nie dorastająca do powagi miliona milionów. Oczywiste było jednak dla nas, siedmiolatków, założenie, ze dorośli a zwłaszcza ci, którzy się milionów dorobili wiedza na co te pieniądze wydać i czerpią z tego niewyobrażalnie więcej przyjemności niż ci, których stać na wydanie dziesięciu złotych. Parędziesiąt lat minęło i kwestia wydawania dużych pieniędzy jest dla mnie wciąż tylko intelektualna zabawa bez jakiegokolwiek związku z praktyka. Jedyne co się zmieniło to zachwianie założenia, że bogacze wiedzą na co swe pieniądze wydać i jest to dla nich łatwe i przyjemne.

W Stanach Zjednoczonych doliczono się 170 miliarderów, 250 tysięcy milionerów dziesiątkowych (powyżej 10 milionów) i prawie 5 milionów zwyczajnych milionerów pospolitych. Co motywuje ludzi do kontynuowania robienia pieniędzy jeśli już tak dużo maja? Przeciętny śmiertelnik, w swych marzeniach, najchętniej zostałby rentierem tzn. dorobił się wystarczającej kwoty (albo prościej - wygrał na loterii) i resztę życia spędził na przyjemnościach związanych z jej "rozsądnym" wydawaniem. Istnieje jednak problem tej "wystarczającej kwoty". Wraz ze wzrostem zamożności dystans do "wystarczającej kwoty", paradoksalnie, zamiast maleć wzrasta. Kupuje się większy dom, w lepszej dzielnicy i okazuje się, że na to tylko, by dorównać nowym sąsiadom musimy jeszcze parę dobrych lat ostro popracować. Ilustracją tego zjawiska jest scena w książce Toma Wolfa "Bonfire of Vanities": makler giełdowy Sherman McCoy i jego żona Judy są zaproszeni do znajomych na przyjęcie. Znajomi mieszkają w sąsiedztwie paręset metrów dalej. Wyszukana kreacja Judy nie zezwala nawet na krótki spacer piechota. Zamówienie taksówki zdecydowanie odpada. Byliby pośmiewiskiem towarzystwa gdyby po przyjęciu stali na chodniku i wymachiwali rękami, żeby złapać taksówkę. Zamawiają więc limuzynę z kierowcą, która będzie na nich czekał i za jedyne dwieście dolarów podwiezie ich te 300 metrów z powrotem do domu. Niestety, gdy podjechali pod dom znajomych przed wejściem stał już rząd limuzyn. Przeciskając się miedzy zaparkowanymi pojazdami Sherman czuje jak rośnie w nim zawiść i upokorzenie bo po rejestracjach może rozpoznać, że te limuzyny nie są wynajęte. Szybko kalkuluje koszt limuzyny, garażu, rocznej pensji szofera i gryzie się: "zarabiam milion dolarów rocznie i mnie na to nie stać".

Ivan Boesky, który zarobił swe miliony na giełdzie w latach 80-tych tez cierpiał. W wywiadzie telewizyjnym z Barbarą Walters jego żona opowiedziała o depresji Ivana gdy znalazł po raz pierwszy swe nazwisko na liście najbogatszych Amerykanów w magazynie Forbes. Początkowo przypuszczała, że chodziło mu o nieuzgodnioną reklamę, o nieproszone ujawnienie jak bardzo jest bogaty. Gdy go o to zapytała Boesky wybuchnął: "jestem w tym towarzystwie nikim. Jestem na końcu listy ale obiecuję ci, że ostatni raz przeżywamy taka hańbę". Można wiec sobie wyobrazić przez jakie katusze przechodzi ten gość, który jest ostatni na liście 170 miliarderów. Boesky w końcu znalazł się w kryminale bo wdał się w nielegalne transakcje giełdowe. Dziennikarka zapytała czy Boesky jest typem człowieka, który musi mieć pieniądze by prowadzić wystawny i rozrzutny tryb życia? Żona ujawniła, że Boesky pracował po 16 godzin na dobę, 7 dni w tygodniu i nigdy nie wziął jednego wolnego dnia. Nie miał czasu na wydawanie pieniędzy.

Lata 80-te, lata Ronalda Regana i Margaret Thatcher to w opinii dziennikarzy lewicowych dekada niczym nieposkromionej chciwości. "Kto umrze najbogatszy wygrywa". Takie podobno hasło miał wydrukowane na koszuli inny bohater giełdy tej dekady Michael Milken. Bakcyl rywalizacji, wykazania, że jest się zdolniejszym, sprytniejszym, najlepszym - jest faworyzowanym wytłumaczeniem motywu gonitwy za następnym milionem czy miliardem. Stuart Walker, autor książki o rywalizacji i wygrywaniu pisze: "Wygrać raz nie wystarczy; musimy wygrać jeszcze raz i jeszcze raz. Smak sukcesu jedynie zaostrza nasz apetyt na więcej. Jeśli zdarzyło nam się przegrać, przymus odegrania się jest nie do odparcia. Nie ma mowy o wycofaniu się z gry po zwycięstwie a już nie do pomyślenia jest byśmy wycofali się po porażce. Wpadliśmy w nałóg."

Zostawiając na boku kwestię motywu robienia pieniędzy, nadchodzi taki moment w życiu naszego miliardera, w którym bardzo przekonująco zaczyna brzmieć w jego uszach spostrzeżenie, że przychodząc na ten świat nic ze sobą nie przynieśliśmy i odchodząc, nic ze sobą nie zabierzemy. Wracamy więc do problemu wyjściowego: co zrobić z milionem milionów? Zostawić naszej młodej, pięknej żonie by użyła życia i przepuściła je u boku nowego męża? Nawet w grobie dobiegłby nas rechot rywali. Rozwiązanie problemu jest bajecznie proste i odkryli je już przemysłowcy wiktoriańskiej Anglii i XIX-to wiecznej Ameryki. Majątek należy rozdać. Początkowo ten gest miał oprawę religijna zwięźle ujętą w nawoływaniach metodysty Johna Wesley a: "Zarób ile tylko możesz, oszczędź ile tylko możesz, rozdaj ile tylko możesz". Andrew Carnegie, pochodzący ze Szkocji amerykański magnat stalowy, jest jak dotąd najbardziej szczodrym filantropem. Rozdał 3 i pół miliarda dolarów, bo jak napisał w swej książce "Ewangelia Bogactwa" (The Gospel of Wealth) "człowiek, który umiera jako bogacz umiera w hańbie". Napisał też, że ten sam zasób energii jaki człowiek sukcesu kieruje na robienie pieniędzy powinien być użyty na zaplanowaną i sensowną filantropię.

Warren Buffet, drugi na liście najbogatszych współczesnych Amerykanów, z 20-ma miliardami na koncie, twierdzi, że łatwiej duże pieniądze zarobić niż je sensownie wydać. Planuje poprzez pośmiertną fundację dać społeczeństwu ponad 99,9% swej fortuny. Pieniądze mają być przeznaczone na rozwiązywanie problemów, które wydają się nie do rozwiązania i w związku z tym nie mają chętnych sponsorów. Np. jak zapobiec rozprzestrzenianiu się po świecie technologii produkowania broni nuklearnej. Chociaż hojni filantropowie uzasadniają swą hojność bądź religijnie bądź świecko (zwrócić dług społeczeństwu, przyczynić się do tego by świat stał się lepszy itp.) atmosfera przestaje być religijna lecz staje się bardziej sportowa. Można by zaryzykować i powiedzieć, że miliarderzy odkryli jak rywalizować ze sobą nawet po śmierci. Carnegie nie dał się prześcignąć przez 100 lat. Lider się zmieni gdy Buffet rzuci na stół swoje miliardy. Kibice czekają na wejście na ring zawodnika numer 1 wagi super ciężkiej, Billa Gates'a (waży 50 miliardów). Obserwatorzy donoszą, źe Gates przygotowuje się bardzo sumiennie do walki i już drugi raz czyta "Ewangelię Bogactwa". Towarzystwa filantropijne modlą się by znokautował przeciwników. Żeby ich zmiażdżył.



2007 ©  Krakowskie Towarzystwo Przemysłowe
http://www.ktp.org.pl/