Targi zimowe
Tadeusz Syryjczyk


Przy jednym stole negocjowano ceny żywca wieprzowego, niezawisłość sądów i prawo.

O cenę świń ludzie targują się, odkąd tylko zaczęli te zwierzęta hodować. Jest zatem rzeczą normalną, że jeżeli państwo skupuje jakiś towar, wchodzi w targ z producentami. Zawsze oczywiście można zapytać, czy taka interwencja jest dobrze ukierunkowana, czy jest skuteczna, czy też dostarcza fałszywego sygnału ekonomicznego, który przyniesie większe problemy w przyszłości. Zawsze istnieje niebezpieczeństwo: dziś neutralizujemy bieżący problem, a jutro płacimy jeszcze większą produkcją. Gdy setkom tysięcy gospodarstw rolnych wysyłamy sygnał, że produkcja jest bardziej opłacalna, te się do niego dostosowują i za rok państwo może się znaleźć w jeszcze trudniejszej sytuacji. Mimo powyższych obiekcji, negocjacje dotyczące ceny mieszczą się w zakresie normalności. Targ jest tu na miejscu.

Źle się jednak dzieje, gdy wymusza się, aby przy tym samym stole, obok cen wieprzowiny, dyskutowano także o stosowaniu (a raczej zawieszeniu) prawa i o niezawisłości sądów, czyli o konstytucji - bo to oznacza, że sama istota państwa jest przedmiotem targu. Państwo przestaje być szczególną strukturą, która realizuje suwerenność narodu i ma inne uprawnienia i obowiązki niż dziesiątki związków zawodowych, związków producentów albo przedsiębiorców. Gdy państwo staje się jednym z graczy pomiędzy rozmaitymi korporacjami zawodowymi, zatraca się sens państwa prawa, sens demokracji oraz po części rynku, ponieważ rynek jest wyznaczony zbiorem reguł, w obrębie których działają ludzie. Tak więc kwestionuje się fundamenty ustroju społeczno-gospodarczego.

Można spotkać argument, że skoro państwo decyduje się ingerować w jakiś obszar życia gospodarczego, to bierze dodatkową odpowiedzialność - większą niż wynikającą z ochrony rynku - za zachowanie ludzi.

Od połowy lat 70. przestało zmniejszać się zatrudnienie na wsi: dzisiaj, według różnych statystyk, jest to od dwudziestu kilku do trzydziestu procent; w każdym razie grubo poniżej udziału rolnictwa w wytworzeniu dochodu narodowego. Rolników-przedsiębiorców, tj. tych, którzy wytwarzają dobra i żyją z ich sprzedaży, jest znacznie mniej. Właściwie spośród gospodarstw zaledwie kilkanaście procent to gospodarstwa w pełni towarowe, dalsza ich część raczej stanowi źródło zaopatrzenia w żywność lub przynosi minimalne dochody na poziomie minimum socjalnego, a ostatnia część czerpie dochody z innych, pozarolniczych dziedzin działalności albo z rent, emerytur i zasiłków. Gdyby zatem tylko rynek gwałtownie wyceniał płace rolników, większość mieszkańców wsi i producentów rolnych, także tych dobrych, tzn. tych, którzy starają się prowadzić nowocześniejsze gospodarstwa, znalazłaby się w szoku dochodowym.

Tak więc moderowanie w jakimś zakresie poziomu dochodów rolniczych przez państwo wydaje się nieuchronne, nie uniknęły go ani Stany Zjednoczone, ani tym bardziej, kraje Europy Zachodniej. Problem polega na tym, żeby polityką interwencjonistyczną nie brnąć w utrzymywanie status quo, tzn. nie wzmacniać przywiązania rolników do nieproduktywnych dziedzin działalności. Są to dziedziny, na których produkcję rynki zbytu się kurczą, a nie poszerzają. W pierwszej fazie pozornie załatwia się postulat, ale na dłuższą metę jest to krzywdzenie całego środowiska. Nie można ingerować w zjawiska nieuchronne.

Także w wypadku grup przemysłowych związki zawodowe zmierzają do utrzymania status quo, tak by ludzie nie musieli zmieniać pracy, do czego zresztą nie przywykli nie tylko w Polsce, ale również we wszystkich krajach postsocjalistycznych. Jest to słabością naszego rynku pracy, szczególnie jeśli porówna się go z bardziej mobilnymi rynkami w "starych" krajach kapitalistycznych (nie mówiąc już o Stanach Zjednoczonych). Długofalowy natomiast interes grup zawodowych reprezentowanych przez związki wymaga zmiany struktury zatrudnienia. Wymagają tego normalny wzrost gospodarczy, zabezpieczenie dobrych warunków życia, docelowe tworzenie nowych miejsc pracy, poprawa poziomu życia i wzmocnienie siły państwa, ponieważ dobra gospodarka cieszy się szacunkiem wewnątrz i na zewnątrz kraju. Ludzie muszą podejmować nowe zatrudnienia i nie sposób utrzymywać ich przy takiej produkcji, która nie znajduje zbytu. Rząd musi być bardzo ostrożny w obietnicach.

Władza nigdy nie powinna dopuszczać do sytuacji, w której grupy kontestujące wychodzą z krępujących i niekiedy naruszanych ram prawa, uzyskują poczucie, że mają prawo do wszystkiego i właściwie są suwerenne w swych poczynaniach. Rozwiązanie tzw. "społecznego problemu" trwało na tyle długo, że pogodzono się z tym, iż prawo jest wartością względną. Jakkolwiek porozumienie rządowe nie zawiera odejścia od zasady państwa prawa, to wytworzyło się i pozostało właśnie takie wrażenie. Obawiam się, że w wyniku tego konfliktu autorytet władzy został trwale nadszarpnięty.



2007 ©  Krakowskie Towarzystwo Przemysłowe
http://www.ktp.org.pl/