Amerykańska ustawa o wolności informacji
Tadeusz Tyszka


Z czym kojarzylibyśmy poniższe zarządzenie w sprawie udostępniania do wglądu rozmaitych materiałów?

Każda jednostka organizacyjna, zgodnie z opublikowanymi regułami, powinna udostępnić do wglądu Zarządu i do powielenia:

  1. ostateczne opinie, w tym opinie zgodne i rozbieżne oraz zarządzenia zastosowane przy osądzaniu spraw;
  2. deklaracje polityki i interpretacje, które zostały przyjęte przez jednostkę organizacyjną, a nie zostały opublikowane; a także
  3. podręczniki dla personelu administracyjnego i instrukcje dla personelu, które oddziałują na członka Zarządu;
  4. kopie wszelkich dokumentów, niezależnie od ich formy lub postaci, które wydano jakiejkolwiek osobie na podstawie paragrafu (e) i które z racji swojego zakresu tematycznego określonego przez jednostkę organizacyjną stały się lub mogły się stać przedmiotem często ponawianych podań; oraz
  5. ogólny indeks dokumentów określonych w ustępie (d).

Chyba najtrudniej byłoby zgadnąć, że jest to fragment amerykańskiej Ustawy o wolności informacji (Freedom of Information Act) - regulującej dostęp obywateli do wiedzy o działaniach aparatu państwowego. W zacytowanym tekście (dla utrudnienia zgadywania) nazwę administracja państwowa zastąpiłem nazwą jednostka organizacyjna, a nazwę społeczeństwo - nazwą Zarząd. Ustawa rzeczywiście traktuje społeczeństwo jako zwierzchnika, któremu - na żądanie - aparat państwowy musi w sprawny sposób dostarczyć wymaganych informacji co do swojego funkcjonowania, podejmowanych decyzji, różnicy opinii itp.

Prawo do informacji i potrzeba posiadania informacji

Ustawa o wolności informacji wychodzi z założenia, że obywatel ma prawo do informacji na temat wszystkich (z wyjątkiem kilku wyłączeń) ważnych aspektów funkcjonowania aparatu państwowego. Narzuca się tu analogia do prawa konsumenta do informacji o produktach i usługach. Istotnie, konsument w krajach o gospodarce rynkowej ma prawo do informacji o ogromnej liczby danych na temat produktów i usług, które są mu oferowane na rynku. Na przykład na opakowaniu produktu spożywczego może przeczytać o jego wadze, o składzie, o proporcji różnych składników, o dacie produkcji, o dacie ważności, o kraju produkcji i wiele innych wiadomości. Oprócz czystej informacji deskryptywnej, w niektórych przypadkach producent ma również obowiązek ostrzec konsumenta o możliwych negatywnych skutkach korzystania z produktu (klasycznym przykładem są tu papierosy).

Analogicznie amerykańska Ustawa o wolności informacji obliguje aparat państwowy do udostępniania społeczeństwu najistotniejszych informacji na temat jego funkcjonowania i podejmowanych przezeń decyzji. Przekazywane informacje mają być aż tak wszechstronne, że mają obejmować nawet opinie zgodne i rozbieżne - przypuszczalnie po to, by obywatel mógł sobie wytworzyć odpowiednią opinię. Narzucającym się pytaniem w związku z tą obfitością informacji udostępnianą obywatelowi jest pytanie: a po co? Czyżby obywatel rzeczywiście potrzebował i był zainteresowany tak wszechstronną informacją.

Pytanie nie jest pozbawione sensu, jeżeli przywołamy wyniki licznych badań nad zainteresowaniem i korzystaniem z informacji przez ludzi w różnych kontekstach. Na przykład badania nad zainteresowaniami pracowników w dużych zakładach pracy pokazują, że pracownicy ci nie są szczególnie zainteresowani polityką przedsiębiorstwa, sposobami podejmowania decyzji itp. Raczej interesują ich konsekwencje owych decyzji, które bezpośrednio dotyczą ich losu. Podobnie badania nad zachowaniami konsumentów pokazują, że stopień wykorzystania olbrzymiej liczby informacji jest wśród konsumentów znikomy. Można wręcz powiedzieć, że większość owej udostępnianej informacji konsumenckiej się marnuje. Konsumenci nie badają na ogół składu kupowanych produktów, nie zwracają uwagi na daty ważności, a w supermarketach rzadko też sprawdzają ceny. Tym mniej można oczekiwać, że obywatel będzie wykorzystywał informacje na temat funkcjonowania aparatu państwowego, stosowanych przezeń reguł podejmowania decyzji itp.

W codziennym życiu sposób "produkcji" przepisów interesuje obywatela nawet mniej, niż interesuje konsumenta sposób produkcji mąki ziemniaczanej czy margaryny. Wszystko to nie oznacza jednak, że nie ma potrzeby udostępniać obywatelowi bogatej informacji na temat działalności aparatu państwowego. Istnieją przecież okoliczności, kiedy określona informacja może zainteresować obywatela. Znowu jest tu analogia do konsumenta, który w określonych okolicznościach bywa jednak zainteresowany dostępną informacją - na przykład, kiedy się zatruje przeterminowanym produktem. Podobnie jest w przypadku obywatela - czując, że jakieś jego prawa nie są respektowane będzie o­n potrzebował określonej informacji dla dochodzenia swojej sprawy. Nie bez znaczenia pozostaje też możliwość dowiadywania się o naszych prawach za pośrednictwem prasy i innych mass mediów, które niejako w imieniu zwykłych obywateli mogą wydobywać od aparatu państwowego obchodzące nas informacje. Mogą o­ne - jak wiadomo - dotyczyć nawet tak wyrafinowanych potrzeb, jak potrzeba zabawy czy stymulacji - kiedy np. chodzi o informacje o miłosnych aferach polityków (czego dobrą ilustracją jest przypadek prezydenta Clintona).

Prawo do informacji i osłabienie pokus dla urzędników

Jeśli mogą istnieć wątpliwości, w jakim stopniu obywatel potrzebuje całej bogatej informacji o działaniach aparatu państwowego, to jest niewątpliwe, iż udostępnienie społeczeństwu takiej informacji jest zbawienne dla samego aparatu państwowego. Jest rzeczą dobrze znaną, że brak jawności informacji o funkcjonowaniu instytucji zwykle prowadzi do licznych deformacji w jej funkcjonowaniu. Jest to zresztą związane z tym, co w języku religii określa się uleganiem pokusie. Ciekawe, że w podstawowej modlitwie chrześcijańskiej "Ojcze nasz" znajduje się prośba: i nie wódź nas na pokuszenie. Nie mówi się tu o uchronieniu przed grzechem, ale o uchronieniu przed samą pokusą, tak jakby już samo dopuszczenie pokusy było rzeczą wystarczająco niedobrą.

Jak poucza nas powszechne doświadczenie oraz bardziej systematyczne badania psychologiczne prośba ta zawiera istotny sens: człowiek wystawiony na pokusę przeważnie jej ulega. Rzeczywiście, powiedzenie, że "okazja czyni złodzieja" znajduje swoje potwierdzenie w bardzo wielu sytuacjach. Choćby prowadzone w różnych krajach badania nad oszustwami podatkowymi ujawniają, że po pierwsze (wbrew optymistycznej "psychologii" byłego ministra Kołodki), zjawisko popełniania różnego rodzaju oszustw podatkowych jest wcale rozpowszechnione. Po drugie zaś, że jednym z najważniejszych czynników decydujących o popełnianiu oszustw podatkowych jest okazja. Na przykład, ponieważ wśród rozmaitych zawodów najlepszą okazję do popełniania oszustw podatkowych stwarza praca "na swoim", tj. prowadzenie własnego biznesu (płacenie podatków nie jest tu łatwo kontrolowane), to rzeczywiście, w tej właśnie grupie występuje najwięcej tego rodzaju przypadków. Nie jest to efekt szczególnych cech tej właśnie grupy, lecz realizacja zasady, że "okazja czyni złodzieja".

Podobnie ma się sprawa z funkcjonowaniem aparatu państwowego. Nie ma potrzeby wykazywać, że urzędnicy i politycy są zdecydowanie bardziej niż inni narażeni na pokusy związane z takimi przestępstwami, jak: przekupstwo, protekcjonizm, łapownictwo, oraz inne sposoby wykorzystywania zajmowanego stanowiska dla osobistych celów. Dysponując określonymi pożądanymi przez ludzi dobrami (np. koncesje) grupy te stanowią naturalną stronę podażową na rynku świadczeń korupcyjnych. Ale wobec tego w grupach tych musi się zdarzać więcej niż w innych grupach przekupstw, protekcjonizmu, łapownictwa i innych nadużyć. Po prostu, "okazja czyni złodzieja".

W tej sytuacji jest równie oczywiste, że jakakolwiek niejasność funkcjonowania tego typu grup i instytucji jest wysoce niepożądana. Jest jednym z najważniejszych uwarunkowań charakterystycznych dla tych grup przestępstw. Udostępnianie społeczeństwu wszechstronnej informacji o działaniach aparatu państwowego jest zbawienne dla samego aparatu państwowego.

Tadeusz Tyszka jest ekspertem Centrum im. Adama Smitha i profesorem w Instytucie Psychologii PAN.



2007 ©  Krakowskie Towarzystwo Przemysłowe
http://www.ktp.org.pl/