Między twórczością a dewastacją
Janusz A. Majcherek


Człowiek ma naturalną potrzebę opanowywania i podporządkowywania sobie świata, która bynajmniej nie wyróżnia go od jego zwierzęcych przodków lub (jeśli ktoś nie wierzy w swoje ewolucyjne pochodzenie) innych żywych istot. Nawet psy pozostawiają z rozmysłem ślady, oznakowując terytorium, w którym chcą dominować, nie inaczej robią zwierzęta żyjące dziko. Niektóre potrafią także wykazać pewne umiejętności konstrukcyjne, budują gniazda i żeremia, drążą nory i dziuple. Opanowywanie świata polega przede wszystkim na przystosowywaniu go do własnych potrzeb.

Człowiek jednak przecież różni się od zwierząt, posiada bowiem coś, czego nie mają żadne inne żywe istoty: świadomość refleksyjną. o­na nie tylko pozwala mu świat ogarniać pojęciowo, daje mu także samoświadomość. Wie o­n zatem, że ślady, którymi chce zaznaczyć swoją obecność w świecie, muszą być trwałe, najlepiej trwalsze niż jego własne życie. W ten sposób rodzi się jedna z najszlachetniejszych ludzkich motywacji do działania. Jej najbardziej wysublimowaną realizacją jest twórczość artystyczna. Ars longa, vita brevis - głosi stara sentencja, obrazująca tę zdolność i potrzebę, ale także możliwość unieśmiertelniania się poprzez sztukę. Exegi monumentum aere perennius - pisał z przekonaniem Horacy, ufny (słusznie) w trwałość swoich dokonań i związanego z nimi imienia.

Nie wszyscy mają odpowiednie talenty, by zaznaczyć i uwiecznić swoją obecność w świecie poprzez twórczość artystyczną. Z tej samej lub podobnej inspiracji czerpać może jednak także działalność bardziej praktyczna, choć nie mniej pożyteczna, produkcja niekoniecznie artystyczna, ale materialna. Potoczna opinia przypisuje przedsiębiorcom motywacje czysto utylitarne, skoncentrowane wokół pragnienia lub zgoła żądzy coraz lepszego zaspokajania własnych potrzeb konsumpcyjnych. Dla wielu z nich jest to obraźliwe uproszczenie. Gdyby tak było, nie pozostawałoby po nich nic trwałego, zużywaliby za życia wszystko, co wytworzyli lub zbudowali. W wielu, bardzo wielu wypadkach jest inaczej, choć w kraju, który zaznał licznych dziejowych katastrof może to być mniej widoczne.

Najwięksi kapitaliści mieli ambicje znacznie wykraczające poza konsumpcyjne potrzeby swoje i swoich rodzin. W Stanach Zjednoczonych, a więc najbardziej kapitalistycznym kraju świata, pozostawili po sobie mnóstwo trwałych i służących ogólnemu pożytkowi obiektów, unieśmiertelniając przy okazji swoje imiona. Guggenheim Museum, Carnegie Hall, Rockefeller Center oraz mnóstwo innych przedsięwzięć przez nich zrealizowanych i pozostawionych potomnym świadczy o kreacyjnych intencjach swoich pomysłodawców i fundatorów. Najnowszym tego rodzaju świadectwem jest Getty Center, ultranowoczesny kompleks obiektów muzealno-edukacyjnych wzniesionych malowniczo na jednym ze wzgórz otaczających Los Angeles, za pieniądze z rodzinnej fundacji sławnego miliardera. Zresztą fundacje służące rozmaitym szlachetnym i wzniosłym celom, niemal rutynowo powstają przy każdej większej korporacji, nie mówiąc już o koncernach.

Wzbogacony Amerykanin, a jest takich przecież niemało, chętniej przekazuje pieniądze na cele społeczne, niż własnym dzieciom. Jest bowiem przekonany, że każdy powinien indywidualnym wysiłkiem budować swoją pozycję życiową i obdarowywanie młodego człowieka wielkimi pieniędzmi może go zdemobilizować i zdemoralizować. Ufundowanie college'u w macierzystym uniwersytecie, wzniesienie jakiegoś obiektu kulturalnego w zamieszkiwanym przez siebie mieście, wybudowanie biblioteki czy galerii sztuki, to najlepszy sposób na zrealizowanie swoich marzeń i utrwalenie swojego imienia we wspólnocie, która przetrwa dłużej niż fundator, pamiętając jego imię wyryte na frontonie. Mnóstwo takich obiektów i instytucji można napotkać w całej Ameryce. Najbogatszy ze współczesnych ludzi, twórca i współwłaściciel koncernu Microsoft Bill Gates zapowiedział, że swój wielomiliardowy majątek przeznaczy po swojej śmierci na cele ogólnospołeczne i dobroczynne. Kapitalizm pozwala nie tylko się wzbogacać, ale i uwieczniać swoje imię.

Znamienne: w USA bardzo rzadko nadaje się obiektom publicznym imiona polityków lub innych historycznych osób. Mogą na to liczyć ewentualnie prezydenci, bohaterowie amerykańskiej wojny o niepodległość (w tym Pułaski i Kościuszko) i kilka innych, rzeczywiście wybitnych i zasłużonych postaci historycznych. W największych miastach ulice przeważnie nie mają nazw, lecz numery, inne obiekty identyfikowane są nazwami nieosobowymi. Większość nazwisk przypisanych instytucjom użyteczności publicznej wskazuje ich fundatorów lub donatorów. W Polsce byle skryba i pisarzyna, trzeciorzędny polityk i czwartorzędny artysta może liczyć na nazwanie po śmierci jego imieniem jakiejś ulicy czy skweru, których nazwy co jakiś czas trzeba zresztą zmieniać, bo biografie patronów przestają odpowiadać gustowi epoki lub potrzeba wolnych obiektów do objęcia przez nowych idoli. Ani plakietki "Ford" na masce samochodów, ani nazwy Chapman University nikt nie będzie zmieniać. W Polsce wciąż podrzędny, a zwłaszcza nieudany, lecz słuszny polityk czy poeta może liczyć na większe splendory i honory niż przedsiębiorca, który odniósł sukcesy w pomnażaniu swoich i publicznych zasobów.

Rodzimi kapitaliści sami są zresztą sobie winni. O ile na Zachodzie nazwy przedsiębiorstw zwyczajowo tworzone są przez ich właścicieli od ich własnych nazwisk, to w Polsce mają raczej służyć kamuflażowi niż identyfikacji swojego założyciela czy wspólnika. Nazwy typu Procter & Gamble czy Levi Strauss & Sons są rzadkością, dominują rozmaite "Elmex"-y czy "Embud"-y.

Niestety, jak uczy historia, unieśmiertelniać, a przynajmniej utrwalać swoje imię można nie tylko poprzez tworzenie i budowanie, ale także niszczenie i rujnowanie. Wiedział o tym pewien starożytny łobuz, który postanowił unicestwić jedno z najwspanialszych dzieł ludzkich rąk i ludzkiego ducha, zaliczaną do siedmiu cudów świata świątynię Artemidy w Efezie, tylko po to by w ten sposób utrwalić swoje imię. Ponieważ prawomocny sąd skazał go na zapomnienie, więc uszanujmy wyrok i pomińmy jego nazwisko.

Miał o­n jednak i ma wciąż licznych naśladowców. Jeśli ktoś bowiem nie potrafi niczego stworzyć lub wypracować, usiłuje swoją obecność w świecie zaznaczyć poprzez niszczenie, pozostawić ślad poprzez destrukcję. Hordy bezmyślnych i niepracujących troglodytów prowadzą więc z zapałem dewastację otoczenia, by zamanifestować swoje w nim istnienie, a nawet panowanie nad nim. Rozbite budki telefoniczne, połamane ławki parkowe, zniszczone przystanki tramwajowe znaczą ślady ich obecności i aktywności.

Gdzieś pomiędzy sztuką a dewastacją, między tworzeniem a niszczeniem sytuuje się ten współczesny fenomen kulturowy, czy raczej subkulturowy, który zwą graffiti. Ta forma zaznaczania swojej obecności najbardziej ewidentnie zdradza intencje wykonawcy, bowiem w przeważającej większości stanowi po prostu stylizowaną formę jego podpisu. Jest to w istocie dewastacja, która usiłuje być czymś więcej, sposób przypisywania sobie współautorstwa lub współwłasności, a więc zawłaszczania obiektu (budynku, automatu telefonicznego, wagonu kolejowego, windy) poprzez jego zniszczenie, nie pozbawiające wszakże funkcji użytkowych, metoda zaznaczania swojej obecności w pewnej wizualnej przestrzeni poprzez jej zdewastowanie. Gdyby dzikie, a w szczególności drapieżne zwierzęta umiały się posługiwać farbą w sprayu, być może leśne drzewa byłyby pokryte podobnymi znakami, jak fasady budynków w polskich miastach.

Co ciekawe: w Stanach Zjednoczonych, którym przypisuje się pochodzenie graffiti, tego rodzaju uliczne bohomazy trudno spotkać. Byż może występują w dzielnicach, do których zwykły człowiek nie wkracza, ale to tym bardziej świadczyłoby o ich pochodzeniu i funkcjach, identyfikowaniu określonych obszarów, zamieszkałych przez osobniki o specyficznych, nienormalnych cechach. Burmistrz Nowego Jorku trafnie zidentyfikował sens tego rodzaju aktywności i tępienie graffiti uznał za podstawę swojego programu walki z przestępczością. W Polsce tymi specyficznymi znakami ulicznych hord upstrzone są nawet najbardziej reprezentacyjne obiekty. Świadczy to, że osobniki zepchnięte w USA do ograniczonych enklaw, w naszym kraju zawłaszczają całą przestrzeń.

Ponieważ ta specyficzna forma dewastacji tego, co inni stworzyli, zbudowali czy wyprodukowali polega na ostentacyjnym umieszczeniu na nim swojego znaku, swoistej odmiany podpisu, więc fakt, że policja nie potrafi zidentyfikować i złapać sprawców tej destrukcyjnej uzurpacji i pozwala im bezkarnie cieszyć się swoją dominacją, świadczy o tym, jak daleko także polskim stróżom porządku do standardów pracy ich amerykańskich odpowiedników.



2007 ©  Krakowskie Towarzystwo Przemysłowe
http://www.ktp.org.pl/