Apel o deregulację i sprawność administracji
Richard Lucas


Szanowny Panie Premierze,

ogłosił Pan zamiar usunięcia barier rozwoju ekonomicznego i wzrostu gospodarczego w Polsce. Jestem właścicielem małej firmy, która w ciągu ostatnich pięciu lat stworzyła 46 miejsc pracy dla Polaków. Nie ma wątpliwości, że moja firma byłaby bardziej konkurencyjna i większa, gdyby nie była obciążona nadmiernymi i nieefektywnie stosowanymi regulacjami. Polska jest krajem o zdecydowanie nadmiernej regulacji, a wiele przepisów oznacza znacznie większe marnotrawstwo czasu polskich obywateli, niż jest to konieczne.

Dyskusja na temat regulacji koncentrowała się na systemie koncesji oraz treści przepisów (np. czy biura podróży powinny być koncesjonowane, ile godzin powinien liczyć tydzień pracy itd.). Dyskusja taka jest pożądana i potrzebna, byłoby jednak poważnym błędem, gdyby celu deregulacji nie postrzegano szerzej: chodzi nie tylko o to, czy regulacje powinny istnieć, ale także o to, co zrobić, by łatwiejsze było stosowanie się do tych przepisów, które nie zostaną zniesione.

Doskonałej ilustracji tego problemu dostarcza porównanie brytyjskich i polskich administracyjnych rozwiązań dotyczących praw jazdy i dowodów rejestracyjnych samochodów. Odpowiednie ustawodawstwa w obu krajach mają podobne cele: samochody muszą być rejestrowane, a kierowcy muszą mieć prawo jazdy. Różnica w stosowaniu tych legislacji w obu krajach jest jednak olbrzymia. W Wielkiej Brytanii zarządzanie tymi sprawami jest tak proste, że nikt się na tym nawet nie zastanawia. Obywatele zgłaszają wnioski o przyznanie prawa jazdy, kupują i sprzedają samochody oraz rejestrują zmiany adresu zamieszkania w tych dokumentach listownie, posługując się dokumentami dostępnymi w każdym urzędzie pocztowym, bez żadnej wizyty w jakimkolwiek urzędzie państwowym. W kraju zamieszkałym przez 58 milionów ludzi posiadających mnóstwo samochodów cała ta procedura jest zarządzana z jednego (dużego) budynku w Walii (bez udziału kosztownego ministerstwa w Londynie), w którym mieści się tzw. Centrala Licencjonowania Kierowców Pojazdów (Driver Vehicle Licencing Centre, DVCL). W Polsce, jak dobrze wiemy, rejestracja samochodu czy zmiana adresu w prawie jazdy jest czasochłonną procedurą, wymagającą wcześniejszego zrywania się z łóżka lub zwolnienia z pracy, aby ustawić się w kolejkach w celu dokonania tych prostych (a wymaganych prawnie) czynności. System polski (z setkami biur i wieloma tysiącami pracowników) z pewnością jest - w porównaniu z brytyjskim - bardziej kosztowny dla polskiego podatnika, a ponadto stosowanie się do odpowiednich przepisów jest bardziej kosztowne dla obywatela. Polska nie jest wystarczająco bogata, by pozwolić sobie na taki system. Problem nie leży w tym, czy samochody powinny być rejestrowane albo czy należy wymagać od kierowców posiadania prawa jazdy. Chodzi o to, jakie koszty dla polskiego społeczeństwa - w kategoriach marnowanego czasu - niesie ze sobą konieczność stosowania się do źle przemyślanych przepisów, datujących się z okresu, gdy państwo zupełnie nie szanowało czasu polskich obywateli.

Niektórzy winę za rozrost regulacji w Polsce składają na Unię Europejską. Argument ten jest bardzo słaby. Są oczywiście w Brukseli ośrodki skłaniające się ku szczegółowym regulacjom. Są jednak również i inne. Nowy polski rząd może przekonać się, że w Unii Europejskiej istnieje inicjatywa pod nazwą "Prostsza Legislacja na Rynku Wewnętrznym" (Simpler Legislation for the Internal Market, SLIM), której celem jest upraszczanie ustawodawstwa, oraz program zmierzający do zmniejszenia ciężaru regulacji pod nazwą "Zespół Zadaniowy na rzecz Uproszczenia Otoczenia Przedsiębiorczości" (Business Environment Simplification Taskforce, BEST), zaś hasło konferencji Unii Europejskiej pod przewodnictwem Wielkiej Brytanii w marcu 1998 roku brzmi: "Lepszy rząd, sprawniejsza regulacja", zaś jednym z jej celów ma być zachowanie prostoty i efektywności regulacji. Polska powinna zasygnalizować poparcie dla tych państwa członkowskich Unii, które chcą ograniczenia biurokracji, i nie zakładać, że Bruksela jest odporna na racjonalną argumentację.

Polska powinna skorzystać z doświadczeń brytyjskich i wprowadzić "ocenę kosztów stosowania się do przepisów", która w Wielkiej Brytanii jest przygotowywana i publikowana przez rząd za każdym razem, gdy przedkłada o­n Parlamentowi projekt nowej ustawy. Dokument taki stanowi oszacowanie kosztów, jakie będzie musiał ponieść sektor gospodarczy w związku z koniecznością dostosowania się do nowego prawa. I tak na przykład gdyby MSW rozważało zastosowanie środków zapobiegania przestępczości polegających na zwiększeniu uprawnień policji do zatrzymywania i przeszukiwania nastolatków (czy dorosłych), których podejrzewają o noszenie kijów baseballowych lub innej niebezpiecznej broni, oraz na monitorowaniu obszarów szczególnie zagrożonych przestępczością za pomocą kamer wideo, projekt nowej ustawy powinien obejmować oszacowanie czasu, który będzie tracony na przeszukaniach lub przeznaczany na wyjaśnienia dotyczące podejrzanych zachowań zarejestrowanych przez kamery. Wielu ludzi będzie uważało, że zmniejszenie zagrożenia przestępczością będzie warte tych dodatkowych kosztów. Jeśli z kolei inne ministerstwo postanowi wprowadzić rejestr zwierząt domowych, wymagający od wszystkich właścicieli kotów, psów, chomików itd., by ustawili się w kolejkach w celu zgromadzenia i wypełnienia formularzy, by każdy właściciel ustalił datę urodzenia swego psa oraz imiona jego rodziców, bardzo racjonalne będzie oczekiwanie, że zanim projekt stanie się prawem, odpowiedni minister powinien oszacować koszty, jakie dla Polski i jej obywateli przyniesie ze sobą ta nowa ustawa.

Należy dokonać przeglądu obecnie obowiązującego ustawodawstwa pod kątem ciężarów, jakie nakłada o­no na biznes i na obywateli. W przypadkach, w których jakieś przepisy mogą być bez szkody zniesione, należy to uczynić. W przypadkach, w których można je uprościć, trzeba to zrobić. Polska cieszy się dynamiczną i przedsiębiorczą kulturą biznesu, która osiągnęła więcej niż osiągnięto w wielu innych krajach postkomunistycznych i to w krótszym czasie. Poprawa jakości legislacji oparta w wielkiej mierze na doświadczeniach innych krajów bardzo korzystnie wyróżniłaby Polskę na tle jej postkomunistycznych konkurentów.

Polska kultura polityczna i urzędnicza musi zaadaptować się do faktu, że idea, iż problemy zawsze można rozwiązać za pomocą przepisów, jest w odpływie - nawet w krajach, które cieszą się dobrodziejstwem dobrze płatnej i dobrze motywowanej (oraz przestrzegającej wysokich standardów kultury urzędniczej) biurokracji. "Prawo nie zamierzonych konsekwencji" często powoduje, że przepisy prowadzą do wyników zgoła nie przewidywanych. Szybkie tempo zmian w gospodarce światowej oznacza, że regulacje ograniczają zdolności adaptowania się gospodarki do nowych potrzeb i warunków. Regulacje mogą pomagać tam, gdzie rynek nie daje dobrych wyników, jednak zanim się pomyśli o ich wprowadzeniu, trzeba dać rynkowi szansę wykazania się sprawnością. Kiedy zaś już nowe przepisy mają być wprowadzone, łatwość stosowania się do nich powinna być ważnym priorytetem ustawodawcy.

Trzeba oprzeć się naciskowi producentów, którzy starają się o ograniczenie konkurencji poprzez ustanowienie sztucznych barier utrudniających wejście na ich rynki. Rozstrzygnięcie, z kim robić interesy, jest sprawą konsumenta.

Obywatelom należy się szacunek przejawiający się w poszanowaniu ich wolności wyboru i prawa do konkurencji. Obywatel jest zazwyczaj najlepszym strażnikiem swych interesów i jest znacznie bardziej prawdopodobne, że to producenci, a nie konsumenci będą wywierali na urzędników i ustawodawców presję, domagając się wprowadzenia ustaw ograniczających swobodę wyboru i konkurencji.

Nie jest rzeczą państwa mówić obywatelom, co mogą, a czego nie mogą robić, albo w jaki sposób mają się zajmować swymi sprawami - wystarczy w tym celu prosta zasada odpowiedzialności prawnej. Kiedy dorosłym i świadomym ludziom zabrania się robić to, na co mają ochotę, musi to mieć bardzo poważne uzasadnienie. Tymczasem w Polsce mamy wiele przykładów, gdy państwo ingeruje w wolność ludzi. Art. 152 kodeksu pracy stwierdza, że pracownik nie może zrezygnować ze swego prawa do urlopu wypoczynkowego. Ponieważ prawo do płatnego urlopu jest już skądinąd zagwarantowane w kodeksie, oznacza to, że pracownik nie może odsprzedać pracodawcy swego nie wykorzystanego urlopu. Czy nie jest przerażające, że wolnemu obywatelowi w wolnym kraju nie pozwala się decydować, co zrobi z własnym czasem? Istnieje mnóstwo podobnych przepisów, które wymagają zniesienia lub zmiany. Uporanie się z tym właśnie punktem kodeksu pracy byłoby dla rządu dobrym punktem wyjścia.

Chciałbym na zakończenie pogratulować koalicji AWS/UW zamiaru uporania się z problemem nadregulacji. Celem powinno tu być uczynienie z Polski kraju, w którym wygodnie i łatwo jest być obywatelem, w którym państwo szanuje czas obywateli i uznaje za niedopuszczalne, by ktoś tracił czas w wyniku działania niewydajnej biurokracji. Zwiększenie sprawności administracji jest ważniejsze niż cięcia w podatkach.

Z poważaniem
Richard Lucas



2007 ©  Krakowskie Towarzystwo Przemysłowe
http://www.ktp.org.pl/