Marsz miliona kochanek
Leszek Skowroński


W radio, w codziennej audycji dla kobiet, usłyszałem o inicjatywie, która być może zaciekawi czytelników a w szczególności czytelniczki. Amerykańska feministka, rozpoczęła w internecie interesującą formę obrony dobrego imienia prezydenta Clintona. Oburzona na republikanów za natrętne wypominanie prezydentowi, że urozmaicał sobie czas pracy w Białym Domu z panną Moniką Lewinsky, powszechnie teraz znanymi igraszkami, postanowiła zdemaskować polityków-hipokrytów. Zachęca wszystkie kobiety, które miały seksualne kontakty z politykami (prawdopodobnie wyłączając ich prawowicie poślubione małżonki - choć nie było to do końca jasno wyartykułowane) do ujawnienia się i podzielenia się swymi doświadczeniami ze światem. Amerykanka ocenia skromnie liczbę seksualnie wykorzystywanych przez amerykańskich polityków kobiet na milion. Uwieńczeniem tej akcji miałby być pochód ulicami Waszyngtonu milionowej rzeszy kobiet połączonych wspólnym doświadczeniem bliskiego kontaktu z politykami.

Celem feministki jest obrona Clintona a nie ubolewanie, w tym konkretnym przypadku, nad losem miliona seksualnie molestowanych kobiet. Clinton jest przyjacielem feministek a przyjaciela nie zostawia się w potrzebie. Inicjatorka jest aktywistką clintonowskiej partii demokratów i twierdzi, że ma swoje własne, intymne doświadczenia z politykami. Z jej wspomnień wynika, że działalność polityczna jest nasycona erotyzmem i taki jest już los amerykańskiego polityka, że poświęcając się aktywności politycznej jest skazany na łączenie jej z herkulesową wręcz aktywnością seksualną, jak wynikałoby z milionowej statystyki. Milionowy pochód kochanek polityków rzuciłby nowe światło na rzekomo wyjątkowe wyczyny Clintona, pozwalając na zmierzenie ich bardziej realistyczną skalą, a cała fałszywa afera okazałaby się tym czym naprawdę jest - niczym nie wyróżniającym się obrazem codziennej harówki polityków.

Internetowa akcja feministki jest wariantem pomysłu, pornograficznego magnata Larry'ego Flynta, który ogłosił, że zapłaci milion dolarów kobietom, które ujawnią soczyste szczegóły swych miłosnych związków z politykami. Akcja Flynta przyniosła niemal natychmiast spektakularny rezultat w rezygnacji republikańskiego kongresmana Boba Livingstona z kandydowania na fotel speakera (odpowiednik marszałka sejmu). Livingston miał pecha zadać się z kobietą, która, jak widać, akurat potrzebuje miliona dolarów.

Gdy pornografista i feministka połączą swe siły, powstanie nowa, bardzo silna gałąź gospodarki - milion milionów dolarów to brzmi bardzo poważnie.

W Stanach Zjednoczonych prezydent heroicznie sam wziął na siebie ciężar dostarczania swemu narodowi i światu wyżej wspomnianych podniet. W Anglii zadania tego, na skromną, lokalną skalę podjęli się szeregowi ministrowie w rządzie Tony'ego Blaira. Ponieważ prezydent Clinton zmonopolizował zainteresowania publiczności heteroseksualnej, Tony Blair tak dobrał swój gabinet, by jego członkowie byli chętni i zdolni zagospodarować homoseksualną niszę pozostawioną przez prezydenta USA odłogiem.

Początkowo tylko jeden minister, Chris Smith, odpowiedzialny za angielską kulturę, przyznał się głośno do swych intymnych upodobań. Wydawało się, że premier Blair, oddaniem tego stanowiska zadbał sobie po prostu o głosy pederastów. W końcówce roku, okazało się, że posądzanie premiera tylko o zabieganie o ten typ wyborców jest wysoce niesprawiedliwe. Gdyby tak rzeczywiście było, pan premier nagłośniłby jak wysoko ocenia przydatność dla narodu angielskiego polityków socjalistycznych kochających inaczej. W listopadzie, ni stąd ni z owąd, Ron Davies, minister odpowiedzialny za sprawy Walii złożył dymisję, która została przez premiera natychmiast przyjęta. Jako powód podał, że poprzedniego wieczora został pobity, obrabowany i nic więcej już na ten temat nie powie, bo nikomu nic do tego. Być pobitym i obrabowanym jest wysoce nieprzyjemne, ale nie okrywa hańbą, wręcz przeciwnie, jest powodem do podania nieszczęśnikowi pomocnej dłoni, a nie pretekstem do wyrzucenia go z pracy. Sprawa była od samego początku tajemnicza, choć miejsce zbrodni - Clapham Park - ulubione tereny schadzek pederastów, narzucały dziennikarzom trop. Clapham Park jest znany z tego, że przychylna pederastom labourzystowska rada miejska wiesza na krzakach torebki z prezerwatywami, by mężczyźni ze sobą spółkujący nie zarażali się od siebie AIDS bez potrzeby fatygowania się do sklepu i wydawania swych własnych pieniędzy. Prezerwatywy są darmowe, czyli płacone z podatków (głównie jednak) heteroseksualnych mężczyzn i kobiet, których się nikt o zdanie nie pyta.

W końcu angielska prasa wyjawiła narodowi tajemnice ministra, który, jak mu się wydawało owego wieczora, poderwał w parku chętnego do uprawiania miłości partnera rasy czarnej. Z dwoma kolegami nowego kochanka mieli pojechać samochodem ministra do mieszkania i tam w czterech spędzić upojną noc. W aucie, Murzyn zamiast ministra pieścić, przyłożył mu do gardła nóż, zabrał portfel, z auta wyrzucił i z kolegami autem ministra odjechał. Minister, zamiast na orgietce, spędził wieczór na komisariacie, składając zeznania o napadzie i rabunku. Dociekliwi dziennikarze zaczęli bliżej przyglądać się upodobaniom ministrów. Jak na razie dwóch innych ujawniło, że kocha inaczej. Minister gospodarki Peter Mandelson okazało się gustuje w ognistych Latynosach - preferencje ma dla tych z Ameryki Południowej. Minister rolnictwa, jak na razie, nie ma stałego partnera. Twierdzi, że intensywne służbowe kontakty z farmerami w tej chwili mu w zupełności wystarczają. Czterech homoseksualistów w rządzie to proporcjonalnie całkiem sporo. Nagłówek artykułu w gazecie The Sun - "Powiedz nam uczciwie Tony, czy rządzi nami mafia pedałów?" - wyraził stan ducha niekulturalnej i zacofanej części społeczeństwa. (Kulturalni i postępowi Anglicy są oburzeni tego typu pytaniami.) Jak zauważył redaktor tej gazety, gdyby w rządzie ujawniło się czterech masonów albo czterech Świadków Jehowy, to wzbudziłoby to poważne zainteresowanie opinii publicznej. Homoseksualiści tworzą dość zamkniętą i popierającą się nawzajem grupę społeczną. Dlaczego ich, tak znaczna proporcjonalnie, obecność w rządzie nie powinna skłaniać do pytań? Konserwatyści zwrócili uwagę, że upodobania i preferencje homoseksualistów mogą nie pokrywać się z deklarowaną polityką rządu. Labour deklaruje się jako partia pro-rodzinna. Czy na pewno polityka umacniania rodziny będzie najskuteczniej wdrażana przez rząd złożony, w co najmniej, 25 proc. z pederastów?

Cynicy twierdzą, że nie ma żadnych sprzeczności. Polityka pro-rodzinna może być szczerze i z sukcesem wprowadzana przez rząd nawet w stu procentach homoseksualny. Nikt nie w rządzie nie twierdzi, że chodzi o ten znany od tysięcy lat czyli, było nie było, stary model rodziny: mama, tata i dzieci. Upieranie się, że tata musi być koniecznie mężczyzną a mama koniecznie kobietą jest naganną dyskryminacją, niegodną naszych czasów.



2007 ©  Krakowskie Towarzystwo Przemysłowe
http://www.ktp.org.pl/