Europejska integracja - spojrzenie na wiek XX
Edmund Goldberger


Wiek dwudziesty to stulecie "zwycięstw i nieszczęść", stulecie wielkich politycznych i ideologicznych wstrząsów, wydarzeń sprzecznych ze zdrowym rozsądkiem, w świetle których bledną najbardziej ekstrawaganckie produkty wyobraźni. Był o­n i nadal pozostaje połączeniem niewyobrażalnego absurdu, przemocy i dwuznaczności. Jest to przecież także okres, w którym ludzkość osiągnęła najwyższy w historii standard życia na wszystkich kontynentach świata. Paradoksy te świadczą z jednej strony o skłonności ludzkiej natury do barbarzyństwa, a z drugiej - o jej zdolności do tworzenie niewyobrażalnych wprost osiągnięć.

Po roku 1914, w wyniku wojen i mordów, świat poniósł straty w ludziach większe niż w ciągu wszystkich poprzednich 2000 lat razem wziętych. (....) Wiek XX był widownią niezwykle wysokiej inflacji. W latach 1914-1990 w Wielkiej Brytanii wyniosła o­na 4000%, choć nie była to hiperinflacja lat 1920-1923, która dotknęła Niemcy, Środkowo-Wschodnią Europę i Rosję. Można ją porównać jedynie z poprzednią najwyższą inflacją, która wydarzyła się w XVI wieku, stuleciu pod wieloma względami przypominającym nasz wiek dwudziesty.

Tym doniosłym wydarzeniom towarzyszył niezwykle wysoki, niespotykany dotąd wzrost standardu życia i to w skali całego świata. Mimo niewątpliwych procesów samodestrukcji i irracjonalnych pokus, XX-wieczne społeczeństwo narodów zdołało zachować swą tkankę i przetrwać. Wymuszone politycznie paskudztwo zostało przezwyciężone przez ekonomiczny dobrobyt. Wykreowany przez zachodnią cywilizację największy w historii wzrost dobrobytu został osiągnięty dzięki zwiększeniu zakresu wolności rynków, w tym międzynarodowych, i rozwijających się w cieniu doniosłych wydarzeń demokratycznym instytucjom. Czy rany, tragedie i absurdy XX wieku należą już do przeszłości? Czy gospodarcze i polityczne osiągnięcia będą korzystnie wpływać na wiek XXI? Czy ekonomiczne sukcesy nie zostaną podważone przez działania utrudniające skuteczne funkcjonowanie siły napędowej tych sukcesów - kapitalizmu rynkowego? Czy obserwowana dzisiaj szekspirowska "fala ludzkiego przeznaczenia", która "prowadzi do bogactwa", może skierować się w niewłaściwym kierunku?

Konwulsje tego wieku nie zostały jeszcze przezwyciężone. Są o­ne nadal boleśnie podsycane przez wydarzenia w Rosji i w innych częściach Europy oraz w niemniejszym stopniu przez ciągle toczącą się walkę o kształt ekonomicznych instytucji Europy. W istocie dwa ostatnie stulecia były świadkami wzrostu i upadku socjalizmu, przetrwania kapitalizmu, potwierdzenia narodowej tożsamości oraz sensacyjnego wzrostu, upadku i ponownego wzrostu Europy. Upadek społecznie brutalnej rzeczywistości, jaką reprezentował socjalizm, może prowadzić do fałszywego samozadowolenia. Socjalistyczne aspiracje są bowiem nadal żywe, są nadal konserwowane w różnych hybrydowych postaciach.

Krytyka kapitalizmu i walka z nim trwa nadal. Gdyby się o­na powiodła, neosocjalizm mógłby zahamować proces tworzenia bogactwa, zaś wynikłe stąd niezadowolenie mogłoby podważyć istniejące społeczne struktury i polityczne instytucje. Korporacjonizm (stato corporativo), który jest hybrydą marksistowskiego bądź pseudomarksistowskiego uniwersalnego socjalizmu, znajduje uznanie wśród znacznej części partyjno-politycznego spektrum. Władza popierającego producenta triumwiratu: rządu, pracodawców i związków zawodowych jest nieprzyjazna konsumentowi i podważa dynamiczne zalety rynków. Ten iluzoryczny, zorientowany na monopolizację, "konsensus" jest w istocie rzeczy stacją pośrednią na drodze do socjalizmu. Konsensus ten doprowadzi do zdeformowania produkcji, konsumpcji i inwestycji, osłabi przedsiębiorczość, innowacyjność i znaczenie indywidualnego wysiłku. Może o­n jednak okazać się atrakcyjny dla elit. Ponieważ uprzywilejowane grupy nacisku dążą do zachowania nabytych praw, arterie swobodnego przepływu towarów i usług mogą ulec stwardnieniu i zwężeniu. Zbiurokratyzowana władza stawia kolektyw ponad jednostką i jej wolnością. Schumpeterowskiej "statystycznej świadomości" nadaje się większe znaczenie niż świadomości jednostki. "Brzydki", kapitalistyczny "laissez faire" zastępuje się aroganckim "savoir fair" - przywilejem uzurpowanym przez funkcjonariuszy, nie zawsze przy tym mądrych.

Neosocjalizm pojawia się w wielu pozorowanych postaciach. Dąży o­n do kolektywistycznej dyżyrystycznej gospodarki, równości efektów i uniwersalnego dobrobytu. Efektem tego uniwersalizmu jest zależność od państwa i jego bezwzględnej biurokracji, która zapomina, że powinna pełnić rolę służebną. Jej celem jest zapewnienie uniwersalnej opieki społecznej wszystkim, nie zaś tym, którzy jej potrzebują. Tworzenie społecznych sklepów jest ważniejsze niż ocena społecznych potrzeb. Zwiększają się koszyki rozdzielanych dóbr i usług, wszyscy stają się beneficjentami. Ponieważ zaspokojenie wszystkich ludzkich potrzeb staje się koniecznością polityczną, polityczny proces cechuje brak uczciwości. Rząd, który obiecuje ludziom wszystko, czego się domagają musi zabrać ludziom wszystko, co posiadają. Równość efektów zmienia stosunek do pracy i wysiłku. Większą rolę odgrywa podział bogactwa niż jego tworzenie. Ponieważ w naturalnych warunkach równość nie istnieje, należy ją wymusić. Kolektywny przymus zastępuje indywidualny wysiłek i zapobiegliwość. Centralnie kierowana i planowana gospodarka zawodzi na skutek niewłaściwej alokacji zasobów i niskiej produktywności. Wady te doprowadziły do załamania się potężnego Związku Sowieckiego. Jednak jego hybryda - dyryżystyczna gospodarka, posiada jednak nadal wielu zwolenników. Odmienny pogląd, że publiczne kierowanie gospodarką ogranicza indywidualny i społeczny dobrobyt, atakują o­ni szermując takimi chwytliwymi hasłami jak "socjalizm rynkowy", "rynki socjalistyczne" czy "społeczny rynek". Ponieważ hasło "rynek" stało się modne, słowo to jest nadużywane przez ludzi pragnących ukryć to, co przestało być modne. Czy jednak socjalizm i/lub neosocjalizm jest do pogodzenia z demokracją? Choć wolne rynki mogą funkcjonować w systemach autokratycznych, trudno wyobrazić sobie demokrację bez wolnych bądź w miarę wolnych rynków. Państwo jest suwerenem autokratycznym, rynek - suwerenem demokratycznym.(...).

STANY ZJEDNOCZONE EUROPY

Przed i w trakcie zawierania Traktatu w Maastricht, 11 rządów (przy poparciu społeczeństwa Zjednoczonego Królestwa) oświadczyło, że pragną utworzenia federalnego państwa, Stanów Zjednoczonych Europy. Jest to przedsięwzięcie ryzykowne bez względu na to, czy zostanie o­no zrealizowane przez bezpośrednie przekazanie konstytucyjnych uprawnień (Scylla) czy też przez zastosowanie metody zastępczej (Charybda), tzn. za pośrednictwem Eurobanku i wprowadzenia wspólnej waluty. Zawarte w 1815 roku represyjne "Święte Przymierze" usiłowało rządzić Europą według przez siebie ustalonych zasad. Castlereagh nazwał to "wzniosłym mistycyzmem i nonsensem", podczas gdy Wielka Brytania trzymała się na uboczu. Jedenaście zrzeszonych we Wspólnocie Europejskiej demokratycznych państw nie przypomina tego tworu. Czy jednak nie powstaje obecnie jego dwudziestowieczna, bardziej integrująca, "postępowa wersja"? Pojęcie narodowej tożsamości zostało zinstytucjonalizowane w 1789 roku w uchwalonej w trakcie rewolucji francuskiej Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela. Jej artykuł 3 głosi, że "wszelka władza pochodzi od narodu". Źródłem suwerenności jest naród, a nie sprawujące rządy instytucje państwowe. Pozbycie się suwerenności może doprowadzić do unicestwienia narodu. Sztandar samookreślenia narodów został wzniesiony podczas rewolucji 1848 r. Później zasada ta została stanowczo potwierdzona przez Prezydenta Wilsona, który po I wojnie światowej wprowadził ją w życie. Prawo do samostanowienia narodów zaliczono do grona swobód demokratycznych. W 1945 r. zostało o­no potwierdzone w Jałcie, gdzie uzgodniono, że zasada samostanowienia zostanie zrealizowana przez przeprowadzenie "wolnych wyborów". Później porozumienie to zostało złamane przez Rosję Sowiecką.

W roku 1989 wyzwalające się kraje Europy Wschodniej uznały, że samostanowienie jest ściśle powiązane z demokracją i że należy dążyć do realizacji obu tych celów jednocześnie. Suwerenność państwa narodowego została uznana za podstawę demokracji. Państwa Europy Wschodniej i kraje bałtyckie odzyskały ponownie swą niezależność przez samookreślenie. Stworzyło to prawne uzasadnienie dla zjednoczenia Niemiec. Kraj może zostać podbity bądź też sam się unicestwić. To ostatnie czyni kraj, którego państwo opiera się na "zasadzie powszechnej suwerenności" i pozbywa się swych podstawowych prerogatyw. Czy Wielka Brytania i inne kraje europejskie są skłonne (i zdolne) do uczynienia z "Europy" jednego narodu? Czy to pamięć o wojnie i spowodowanych przez nią nieszczęściach sprawiła, że mogła się wykształcić tak wyidealizowana wizja Stanów Zjednoczonych Europy i że posługując się racjonalnymi przesłankami można było przedstawić ustrojowe abstrakcje, tak jak gdyby były to sensowne rozwiązania? Czy wyidealizowana uniwersalność jest właściwym i pożądanym rozwiązaniem, które umożliwi zakończenie sporów pomiędzy 12 (a może więcej) narodami? Czy można zapewnić pokój w Europie przechodząc do porządku dziennego nad ich odwiecznym dążeniem do samostanowienia, które z definicji nie jest agresywne? Często "wielkie" idee ponoszą klęskę, gdy w trakcie ich realizacji ujawniają się ich konsekwencje.

Powabny idealizm, jak twierdził Birkenhead, może "zdegenerować się i przekształcić w śmiertelne niebezpieczeństwo". Czy jest możliwe, żeby 11 (bądź 12) państw Wspólnoty Europejskiej tak się zestarzało, że ich serca nie biją już wraz z ich narodami i że pragną o­ne przekazać uniwersalnej Europie swe tradycje i głęboko zakorzenione poczucie lojalności? Odkręcenie kurka dla utajonego idealizmu niekoniecznie musi wyzwolić nadzieje na świetlaną przyszłość. Równie dobrze można hodować ideały na gruncie wizji opartej na współpracy wspólnoty i nie prowokować koszmarnych zniszczeń, jakie mogą spowodować narzucone instytucje. Brytyjski sceptycyzm co do wyników tego przedsięwzięcia nie wynika ani z wybujałego nacjonalizmu, ani też z "małostkowego englandyzmu". Anglia (wraz ze Szkocją i Walią) jest jedynym dużym europejskim mocarstwem, które od czasów średniowiecza nie dążyło do rządzenia całą Europą, ani nawet jej częścią. Nie ma o­na poczucia winy, które wymaga aktu pokuty za dokonaną w przeszłości agresję. Nie towarzyszy temu emocjonalne dążenie do zastosowania uzdrawiającego panaceum, jakim może być sklejenie w jedną totalną całość wszystkich krajów Europy. Wielka Brytania nie może jednak odrzucić nie branej pod uwagę przez pozostałych partnerów możliwości, że federacyjne przedsięwzięcie może zasiać ziarna samodestrukcji, gdy w trakcie realizacji tego przedsięwzięcia ujawni się jego puste oblicze.

W tym wszystkim słowo "federalny" służy jako zasłona dla zamiaru utworzenia jednego państwa europejskiego, stworzenia nowej narodowej tożsamości i jednego narodu, który będzie zdolny do zmiany dotychczasowego poczucia lojalności. Osiągnięty w 1971 r. przez Bismarcka sukces, który polegał na tym, że najpierw powstało niemieckie państwo, a potem naród niemiecki, nie może być uznany za precedens, ponieważ ludność wszystkich uczestniczących w zjednoczeniu Niemiec krajów posługiwała się tym samym językiem, posiadała wspólną kulturę i wiele innych wspólnych cech. Mimo to Bismarck musiał przezwyciężać trudności związane z "kulturkampfem" pomiędzy dwiema chrześcijańskimi religiami. Mogłoby go spotkać niepowodzenie gdyby w Niemczech istniały różnice językowe, z jakimi mamy do czynienia w Europie. Bismarck zdawał sobie sprawę z roli języka, gdy skarżył się, że "najbardziej istotnym faktem w nowożytnej historii Europy jest to, że Północna Ameryka posługuje się językiem angielskim".

Hitler był eurofederalistą, gdy w roku 1936 powiedział, że "nie jest rzeczą rozsądną wierzyć, że w tak małym domu, jakim jest Europa, można mieć różne koncepcje słuszności". Obecnie większość spośród zrzeszonych we Wspólnocie Europejskiej państw dąży do zrealizowania idei eurofederalizmu drogą porozumienia. Marksistowski socjalizm oraz inne totalitarne systemy, takie jak np. hitlerowski, przekształcają ludzi w masy. Swobody demokratyczne zamieniają ludzi w jednostki. Czy Stany Zjednoczone Europy zredukują jednostki do roli pełnych niechęci poddanych? Już teraz wysuwane są pretensje w stosunku do natrętnej brukselskiej biurokracji, mimo iż jej władza rozciąga się jedynie na część gospodarki. Gdy wszystkie istotne rządowe czynności zostaną sfederalizowane, obiekcje dramatycznie wzrosną. Biurokracja będzie postrzegana jako klasyczny przeciwnik rynku, jako zawłaszczenie władzy pod maską demokracji. Montesquieu kiedyś powiedział, że "Europa jest geniuszem wolności". Czy poczucie wolności przetrwa w nowej Europie, złożonej z zapakowanych do jednej skrzyni narodów, które walczyły o swą niepodległość w imię wolności?

Nieuniknione w ramach ponadnarodowego państwa ujednolicenie jest wrogiem wolności. Jest o­no sprzeczne ze sformułowanym przez Kanta imperatywem różnorodności, która pozwala na zachowanie wolności. Wszystkie nowoczesne państwa narodowe opierają się na określonych historycznych fundamentach. Spoistość tym społeczeństwom zapewnia tożsamość narodowa, kultura, koegzystencja i świadomość posiadania wspólnej tradycji. Te życiodajne nurty nie dadzą się ująć w statystycznych, mierzalnych wskaźnikach. Nie można nakazać narodowi, by pozbył się swej lojalności i tożsamości na rzecz tej chwalebnej budowli. Jej wygląd zewnętrzny może wydawać się atrakcyjny, nie ma w niej jednak bijącego serca. Ponieważ niczego nie podejrzewające i niepoinformowane społeczeństwa są oszukiwane, daleko idące ustrojowe zmiany mogą spowodować wybuch ukrytych animozji.

Burke twierdził, że "społeczeństwo stanowi żywy, zdeterminowany przez historię organizm". Narody są organizmami, a nie mechanizmami, którymi będzie można manipulować w nowym ustrojowym mieszkaniu. Narodowe formacje rozwijają się organicznie. Połączenie ich więc w nowe międzynarodowe formacje wymaga rozluźnienia istniejących struktur, wykorzenienia tradycji i historycznie ukształtowanego poczucia lojalności. W przeszłości, próby tworzenia super doskonałych rozwiązań kończyły się katastrofą. Terytorium samo przez się nie tworzy narodu. Tracąc swą suwerenność połączone w federację państwa stają się pustymi skorupami, podobnie jak państwa pozbawione terytorium. Handlując suwerennością rządy nie przekazują lojalności swych mieszkańców. Wykonując swe centralne funkcje federalne państwo zamiesza w kotle potencjalnych konfliktów, podgrzewając historyczne animozje i utajone antagonizmy. Wbrew oczekiwaniom zwolenników integracji ujawnią się głęboko zakorzenione urazy, wybuchną namiętności skierowane przede wszystkim przeciwko najsilniejszemu krajowi. Bardziej zdrowym rozwiązaniem mogłoby być połączenie eksperymentu z tradycją, lecz - jak ostrzegał Burke - nie można zastępować jednego przez drugie. Można bowiem zniszczyć jednocześnie i suwerenność, i demokrację.

Nie znamy przykładu przetrwania federalnego państwa złożonego z różnych narodowości. Los federalnych wielonarodowych państw, takich jak Związek Sowiecki i Jugosławia stanowi budzące grozę ostrzeżenie. W pierwszym przypadku po 70 latach, w drugim - po 45, wybuch antagonizmów doprowadził do upadku tych federacyjnych konstrukcji, z perspektywą, że przyszłość ich może być jeszcze gorsza. Wielonarodowa struktura imperiów austriackiego i ottomańskiego stała się powodem wstrząsów, które po I wojnie światowej doprowadziły do ich dezintegracji. Szwajcaria tworzyła konfederację przez 700 lat, by później przekształcić się w państwo federalne. Różnice wyznaniowe i językowe spowodowały jednak, że w latach 40. XIX w. kraj ten musiał przeżyć wojnę domową. Niemcy są państwem federalnym zamieszkałym przez jeden, mówiący tym samym językiem naród. Nowe państwo, Stany Zjednoczone Europy, które ma stanowić konglomerat dotąd suwerennych państw, nie będzie posiadało stworzonej przez historię spoistości. Będzie o­no pozbawione łącznika, jakim jest wspólny język, bezpośrednich związków z obywatelami, społecznej stabilności i instynktownego poparcia. Im bardziej ścisła będzie integracja, tym więcej pojawi się okazji do wybuchu konfliktów. Już teraz realizacja politycznych celów negatywnie oddziałuje na funkcjonowanie rynku.(...)



2007 ©  Krakowskie Towarzystwo Przemysłowe
http://www.ktp.org.pl/