Mcdonaldyzacja w cichym zakątku
Janusz A. Majcherek


Na początku lat 90. w jednym z najbardziej reprezentacyjnych miejsc Krakowa uruchomiono pierwszy w tym mieście przybytek hamburgerowej sieci McDonald. Usytuowany został w zabytkowej kamienicy (niektóre źródła podawały, że to drugi na świecie pod względem wieku budynek, w którym mieści się lokal McDonalda), przy ulicy Floriańskiej, między Bramą Floriańską a Jamą Michalika. Wychodzący z resztkami hamburgera w ustach i fantą w ręku ma po lewej stronie, wzdłuż ulicy Floriańskiej, widok na Kościół Mariacki, a po prawej, w prześwicie Bramy Floriańskiej, na Barbakan. Całkiem osobną sprawą jest czy klientela hamburgerowni potrafi zrozumieć i docenić walory zabytkowego otoczenia, trawiąc lub przeżuwając Big Maca z frytkami.

W Krakowie jest jednak miejsce jeszcze bardziej reprezentacyjne, a mianowicie Rynek Główny i to tam właśnie, na rogu ulicy Szewskiej, McDonald obmyślił uruchomić następny w tym mieście swój lokal. Perspektywa pojawienia się szyldu reklamującego hamburgery naprzeciw Sukiennic i wieży ratuszowej oraz w sąsiedztwie płyty upamiętniającej miejsce, gdzie Tadeusz Kościuszko przysięgał narodowi, wywołała zbiorowy sprzeciw rozdrażnionych takimi planami krakowskich elit intelektualno-artystycznych, zwłaszcza o proweniencji konserwatywnej. Powstał wówczas i został przedstawiony władzom i mieszkańcom miasta list otwarty, którego sygnatariusze stanowczo protestowali przeciw dopuszczeniu wytwórców i wytworów symbolizujących tandetę współczesnej kultury masowej w nobliwe otoczenie historycznych obiektów, mających poczesne miejsce w polskiej tradycji narodowej.

Hamburgerownia przy Floriańskiej powstała w miejscu dawnej knajpy "Pod Basztą", oszpecającej historyczną ulicę widokami i zaśmierdzającej zapachami znanymi każdemu, kto pamięta PRL-owskie bary III-ej kategorii. Zarówno sama spelunka, jak i budynek, w którym się znajdowała, przedstawiały obraz nędzy i rozpaczy, typowy dla epoki realnego socjalizmu. W ramach adaptacji na swoje potrzeby, inwestorzy działający w imieniu McDonalda dokonali gruntownej renowacji kamienicy i jej wnętrz, a podziemna część hamburgerowni, ulokowana w starych, gotyckich piwnicach, jeszcze kilka lat wcześniej zawalonych rupieciami i koksem, robi naprawdę bardzo dobre wrażenie. Charakterystyczny, tutaj dodatkowo stylizowany szyld z dwoma złotymi łukami na czerwonym tle, zdobiący wejście do tego lokalu, jest niewielki, a w każdym razie nie większy niż inne na tej reprezentacyjnej ulicy, z pewnością zaś bardziej estetyczny od prawie wszystkich tych wywieszek i tablic. Oczywiście, jak wszyscy wiedzą, w barach McDonald nie podaje się żadnego alkoholu, natomiast czystość i higiena wnętrz należą do standardów firmy.

W kamienicy na rogu Rynku i Szewskiej natomiast kiedyś ulokowana była kawiarnia, należąca do jednej z pierwszych spółek polsko-zagranicznych, powstałych w latach 80. na fali przychylności dla tzw. firm polonijnych. Czy to z powodu słabnącego zamiłowania krakowian do dawnego kawiarnianego stylu życia, czy nieumiejętności trafienia w ich kawowe gusty, czy może wysokich kosztów prowadzenia lokalu w reprezentacyjnym punkcie miasta, w każdym razie kawiarnia zamknęła przed laty swoje podwoje. Od tego czasu rozległy lokal, o tak znakomitej lokalizacji, stał przez długie lata pusty, pozaklejany od zewnątrz plakatami i rozmaitymi ulotkami, a pertraktacje co do warunków uruchomienia tam hamburgerowego baru nie znajdowały finału. McDonald gotowy był przeprowadzić remont i adaptację wnętrz w zgodzie z wytycznymi konserwatora zabytków i zrezygnować z umieszczenia swojego szyldu od strony Rynku Głównego. Do ugody nie doszło i obszarpane, zniszczone papierzyska oblepiały nadal zabite okna, drzwi, a nawet ściany kamienicy. W ciągu tych lat powstało w Krakowie co najmniej kilka, często ogromnych hamburgerowni, przeważnie w wielkopłytowych dzielnicach lub przy przelotowych i wylotowych ulicach albo supermarketach.

Dom przy Floriańskiej, w którym McDonald podejmował swoje pionierskie przedsięwzięcie krakowskie, od czasów przedwojennych należał do Zakładu Wychowawczego imienia księdza Siemaszki, kontynuującego dzieło tego XIX-wiecznego opiekuna sierot i zaniedbanych dzieci. W epoce PRL do kamienicy przy Floriańskiej dokwaterowywano użytkowników wskazanych przez ówczesne władze administracyjne, w tym również wspomnianą knajpę. Po ich wyprowadzeniu i wynajęciu znacznej części pomieszczeń McDonaldowi, Zakład Wychowawczy założony przez ks. Siemaszkę i rozwijana pod jego patronatem działalność opiekuńcza zasilane są pokaźnymi sumami z dzierżawy. Mało kto w tłumie odwiedzających hamburgerownię przy Floriańskiej wie, że parę groszy z ceny każdego zjedzonego tam przez nich posiłku wpływa do fundacji im. ks. Siemaszki i wspomaga placówki opiekuńcze.

W domu na rogu Rynku i Szewskiej, w pomieszczeniach od strony fasadowej, ulokował się niedawno oddział jednego z banków, kontrolowanych skądinąd przez zagranicznego partnera, reszta jest wciąż nie wykorzystana, o czym świadczą zabite deskami i oklejone plakatami wnęki okienne.

Cokolwiek powiedzieć o sieci fast food McDonalda, z kulinarnego punktu widzenia jest to okropność dla każdego posiadającego choć trochę tylko rozwinięty i nie zepsuty zmysł smaku. Chyba, że zdarzy mu się np. podróż przez Białoruś. Gdy po kilku dniach podróżowania po tej pięknej, lecz straszliwie zaniedbanej krainie, przekroczy granicę litewską, wjedzie do Wilna i zobaczy znajomy żółto-czerwony szyld, uzna niechybnie, że powrócił do cywilizacji i bez obrzydzenia zatopi zęby w świeżym cheesburgerze. Nie będzie w takiej chwili wcale myślał, że utożsamienie obszaru nowoczesnej cywilizacji z zasięgiem sieci McDonald jest deprymujące. Kiedy już zaspokoi pierwszy głód, ulegnie jednak konsternacji i dezorientacji, bo poza szyldem McDonalda prawie żaden inny napis na wileńskich ulicach nie jest rozpoznawalny, dlatego trudno znaleźć inne potrzebne turyście przybytki (no, może poza kantorem wymiany walut, bo Polak pewnie domyśli się sensu słowa "valutas"). Litwini bowiem w trosce o czystość swojego języka nie dopuszczają obco brzmiących słów do publicznego użytku, więc cudzoziemcowi niełatwo jest odszukać potrzebne mu instytucje lub miejsca. Po powrocie do własnego kraju przestanie mu więc przeszkadzać nachalna obecność tych wszystkich "exchange", "restaurant", "shop center", "car wash" i mnóstwa innych obcojęzycznych napisów na polskich ulicach i w miejscach publicznych, używanie których chcą ukrócić autorzy i zwolennicy specjalnych ustaw o obronie języka polskiego. Pomyśli, że Polska jest jeszcze bliżej cywilizacji i przynajmniej przez jakiś czas nie będzie się zżymać na utożsamianie tejże z językiem angielskim i amerykańskim stylem życia.

A potem może sobie poczytać dywagacje George'a Ritzera o mcdonaldyzacji społeczeństwa czy wywody Benjamina Barbera o starciu toczonym przez McWorld i siły dżihadu. Zacznie się może zastanawiać, po której jest stronie, choż pałaszując schabowego, flaki lub gołąbki i popijając piwem lub kompotem poprzysięgnie sobie, że jego noga nigdy w McDonaldzie nie postanie.



2007 ©  Krakowskie Towarzystwo Przemysłowe
http://www.ktp.org.pl/