Granice dobroczynności
Janusz A. Majcherek


W licznych reportażach przedstawiających wydarzenia rozgrywające się w trakcie letniej powodzi przewijał się wielokrotnie motyw obudzonej i ożywionej tą tragedią aktywności lokalnych środowisk, solidarności miejskich i wiejskich wspólnot, ofiarności i życzliwości osób niosących pomoc swoim sąsiadom. W kilka miesięcy po tamtym nieszczęściu, gdy pojawiły się relacje o trudnej odbudowie zniszczonych obszarów i przywracaniu do życia zdewastowanych gospodarstw domowych, często ujawniane są głębokie animozje i antagonizmy wśród mieszkańców, powstałe w trakcie dzielenia nadesłanych im darów oraz przy dystrybucji rozmaitych świadczeń i zapomóg. Wygląda wręcz na to, że integracja dokonana i umocniona w obliczu i pod wpływem wspólnego nieszczęścia, została zniszczona poprzez darmowe rozdawnictwo. To przykład wymownie potwierdzający tezę, że rozdawnictwo materialnych dóbr może przynieść więcej kłopotów i szkód niż pożytku, prowadząc do niekorzystnych zmian w strukturze i stosunkach społecznych, czyli skutków przeciwnych do zamierzonych.

Potwierdzają to przykłady z różnych obszarów świata i różnych czasów. Przed kilku laty, pod wpływem makabrycznych doniesień, a zwłaszcza fotografii i filmów, przedstawiających skutki klęski głodu w Somalii, popłynęła tam z całego świata pomoc humanitarna, przede wszystkim żywnościowa. Jak się wkrótce okazało, wśród mieszkańców tego kraju potworzyły się rywalizujące ze sobą grupy, oparte na tradycyjnych więziach i antagonizmach plemiennych, a kontrolowane przez uzbrojone gangi, przechwytujące większość nadchodzących darów i budujące na ich dystrybucji swoją potęgę. Aby grabieżom i wyniszczającym walkom położyć kres, postanowiono wysłać międzynarodowe oddziały wojskowe. Wprawieni w wojnie domowej tubylczy żołdacy potraktowali amerykańskich marines nie tylko bezceremonialnie, ale i po barbarzyńsku. Pod wpływem fotografii i filmów, przedstawiających bezczeszczenie zwłok zabitych żołnierzy sił interwencyjnych, popłynęły apele o wycofanie zbrojnego kontyngentu, formułowane często przez tych samych, którzy kilka miesięcy wcześniej organizowali wysyłkę darów i domagali się wysłania żołnierzy dla ochrony ich dystrybucji.

Licznych doświadczeń w zakresie rozdawnictwa zinstytucjonalizowanego nabyli już starożytni Rzymianie. Dla rozładowania napięć socjalnych i ustabilizowania nastrojów wśród najuboższych warstw ówczesnego społeczeństwa, czyli plebsu, jeden z braci Grakchów zarządził przydział zboża po obniżonej cenie, a trybun Klodiusz niedługo potem zniósł wszelkie opłaty, ustanawiając rozdział darmowy. Sytuacji społecznej to na dłuższą metę nie uspokoiło, bo odtąd okrzyk "panem et circenses" nieraz wywoływał rozruchy, zwiastujące kłopoty kolejnym władcom. Rozdawnictwo zboża rujnowało skarb, a przy okazji prowadziło do korupcji, nadużyć i innych patologii typowych dla tego rodzaju procederu.

Współcześnie w Europie, skupiającej swe wysiłki na sprostaniu twardym wymogom traktatu z Maastricht, o niekorzystnych skutkach rozdawnictwa, dokonywanego przez państwo socjalne przy pomocy budżetowej redystrybucji, dyskutuje się używając wskaźników i procentów. W Stanach Zjednoczonych, które do żadnej unii monetarnej nie pretendują, a z deficytem budżetowym już się praktycznie uporały, o wiele znaczniejsze miejsce w debatach publicznych o zakresie pomocy socjalnej zajmują kwestie stricte społeczne oraz moralne. Po kilkudziesięciu już latach stosowania niektórych form zasiłków i zapomóg, widać ich bezskuteczność, natomiast często ujawniają się rezultaty destrukcyjne dla obdarzanych nimi grup i środowisk. Podobno w swojej ostatniej książce "Koniec porządku", Francis Fukuyama wykazuje na bogatym materiale dowodowym, że w okresie sprawowania rządów przez republikanów, ograniczających programy socjalne, zakres patologii społecznych jest mniejszy niż w czasie sprawowania władzy przez demokratów, którzy te programy rozbudowują, uzasadniając koniecznością przeciwdziałania owym patologiom. Zostało ponad wszelką wątpliwość udowodnione, że to system zasiłków dla samotnych matek jest w znacznym stopniu odpowiedzialny za wzrost dezintegracji i rozpadu rodzin. Programy rozbudowanej pomocy nie tylko nie doprowadziły do zintegrowania ich beneficjentów ze społeczeństwem, lecz przeciwnie: ukształtowały specyficzną podklasę ludzi niezdolnych do samodzielnego utrzymania się, choćby na najniższym poziomie, trwale uzależnionych od łaski i niełaski państwa, żyjących w społecznym getcie.

O demoralizującym wpływie niezasłużenie otrzymywanych lub nadmiernych beneficjów nie trzeba przekonywać przy użyciu wyrafinowanych analiz i bogatej dokumentacji, bo stanowi o­n prawidłowość uchwytną w zwykłej obserwacji i mądrości potocznej. Każdy wie, że przesadnie rozpieszczane i obsypywane prezentami dzieci ulegają deprawacji. Wiadomo, że rozdział jakichkolwiek dóbr częściej sprowadza na dokonującego tej czynności pretensje o niesprawiedliwość niż wdzięczność za poświęcenie. Dobrze wiedzieli o tym także prości sołtysowie i proboszczowie z zalanych przez powódź wsi i miasteczek, skoro często nie chcieli uczestniczyć w rozdziale przychodzących darów i przerzucali na siebie nawzajem ten wcale nie wdzięczny obowiązek. O okolicznościach towarzyszących dystrybucji darów przychodzących kilkanaście lat temu z zagranicy do dzisiaj krążą gorszące opowieści.

A przecież mimo tego nie sposób zaprzeczyć, że dobroczynność jest jedną z najbardziej chwalebnych ludzkich cech, a solidarność w nieszczęściu i miłosierdzie mają charakter moralnego obowiązku. Człowiek prawego sumienia nie może i nie chce się od niego uchylać, a przecież pragnąłby także uniknąć szkód, jakie mógłby nieprzemyślaną ofiarnością mimowolnie wyrządzić. Chcąc pogodzić wymogi roztropności i ekonomicznej racjonalności z powinnościami moralnymi, najlepiej odwołać się do racjonalnej etyki. Jej klasyk Arystoteles opracował w tej dziedzinie i pozostawił nam dyrektywę, znaną jako zasada "złotego środka". Opiera się o­na na obserwacji, że w pewnej kategorii działań do złych skutków prowadzi przesada idąca zarówno ku jednej, jak i drugiej skrajności, a więc tak samo niedostatek, jak nadmiar, podczas gdy umiarkowanie w tych samych działaniach przynosi najwartościowsze rezultaty i najlepiej spełnia wymogi moralne. W naszej sytuacji zastosowanie miałaby taka klasyfikacja, w której jednym biegunem skrajności jest skąpstwo, przeciwnym rozrzutność, natomiast złoty środek wyznacza szczodrość. Odmawianie potrzebującemu bliźniemu wszelkiej pomocy jest niemoralne, podobnie jak deprawowanie go wsparciem nadmiernym, lecz utrzymane w odpowiednich granicach przynosi skutki odpowiednie i wartościowe.

Jak jednak wyznaczyć optymalny poziom dobroczynności i wsparcia udzielanego innym? To już kwestia rozsądku i sumienia.

Nie jest łatwo być dobroczyńcą, ale mimo wszystko źle jest nim nie być.



2007 ©  Krakowskie Towarzystwo Przemysłowe
http://www.ktp.org.pl/