Na przeczekanie
Janusz A. Majcherek


W miarę zbliżania się roku 2004, który został ustawowo wyznaczony jako termin zlikwidowania administracyjnej kontroli czynszów mieszkaniowych, rozmaici przyjaciele ludu prześcigają się w inicjatywach zmierzających do odroczenia lub zgoła udaremnienia tego historycznego momentu. Trudno orzec, do której z tych dwóch kategorii należy zakwalifikować poselski projekt przesunięcia go na 2024 r. Formalnie chodzi tylko o odroczenie, lecz ćwierćwiecze to okres, którego wiele starszych domów czynszowych może nie przetrzymać, więc oznaczałoby to, że w części z nich wolnorynkowe czynsze nie zostaną praktycznie wprowadzone już nigdy.

Streszczając uzasadnienie, jakim posługiwali się projektodawcy, "Rzeczpospolita" wyjaśniała, że "według tych posłów termin uwolnienia cen czynszów - 2004 r. został przyjęty przy założeniu, że nastąpi szybki rozwój budownictwa mieszkaniowego. W związku z tym, że nadal trwa regres, termin ten budzi powszechny niepokój lokatorów obawiających się podwyżek czynszów". Rząd sprzeciwił się takim projektom, ze znamiennym wszakże uzasadnieniem. "Zdaniem rządu, nie ma podstaw do prognozowania, że sytuacja mieszkaniowa poprawi się dopiero w tak odległym czasie" - relacjonowała dyskusję w sejmowej komisji "Rzeczpospolita". Wynika z tego niedwuznacznie, że zarówno w interpretacji posłów opozycyjnego SLD, które skądinąd jako ugrupowanie współrządzące ustaliło właśnie termin 2004 r., jak i przedstawicieli obecnego rządu, odroczenie wprowadzenia do gospodarki mieszkaniowej mechanizmów wolnorynkowych było i jest uzasadnione koniecznością odczekania na zwiększenie podaży mieszkań czynszowych, a kwestią dyskusji jest jedynie prognoza jak długo trzeba będzie czekać na moment, kiedy ilość zbudowanych lokali stanie się wystarczająca. Inaczej mówiąc: uwolnimy czynsze, gdy sytuacja mieszkaniowa się poprawi, czyli relacja podaży do popytu spowoduje, że wysokość cen wynajmu stanie się akceptowalna. Zatem obie strony liczą, że budownictwo mieszkaniowe będzie się rozwijać w warunkach reglamentacji oraz administracyjnej kontroli cen. Pomimo wszelkich różnic co do oczekiwanego terminu, jedni i drudzy wykazują się zastanawiającym optymizmem.

Mija 10 lat odkąd wprowadzono w Polsce mechanizmy wolnorynkowe, poczynając od uwolnienia cen żywności. Od tego czasu półki sklepowe zapełniły się wszelkimi towarami, a rosnąca produkcja dóbr konsumpcyjnych jest w stanie zaspokoić każde oczekiwania, proporcjonalne do finansowych możliwości. Istotnym wyjątkiem pozostają mieszkania. W drodze wyjątku bowiem utrzymano ograniczenia praw własności w domach czynszowych oraz rynkowych mechanizmów kształtowania cen wynajmu i budownictwo mieszkaniowe jest bodaj jedyną dziedziną, która od wielu lat notuje regres, przy nie zaspokojonym popycie. Trzeba być wyjątkowo zaślepionym, żeby nie dostrzegać związku między tymi dwiema okolicznościami. Regulowanie czynszów oraz ochrona lokatorów przed eksmisją powodują, że nie ma chętnych do budowania na wynajem. Trudno się temu dziwić, ale jeszcze trudniej jest oczekiwać, że w obecnych warunkach administracyjno-prawnych to się może zmienić. Posłowie współrządzącej AWS złożyli tymczasem projekt poprawek dążących do tego aby możliwość eksmisji jeszcze bardziej ograniczyć, a w praktyce ją udaremnić.

Rozumowanie jakim się kierują posłowie opozycji i koalicji w sprawach mieszkaniowych jest nader rozpowszechnione i stosowane także wobec wielu innych dziedzin gospodarki. Niektórzy politycy, przedstawiający się jako obrońcy narodowego interesu, posługują się na przykład tezą, że Polska nie powinna się spieszyć do Unii Europejskiej, lecz wstąpić do niej dopiero wtedy, gdy będzie mieć gospodarkę na poziomie odpowiadającym krajom do niej już należącym, by stać się ich równorzędnym partnerem, a nie petentem. Wprawdzie osiągnięcie wysokiego poziomu ekonomicznego pozostając poza UE jest możliwe, czego przykładem Szwajcaria czy Norwegia. Niemożliwy jest jednak wysoki poziom rozwoju gospodarki przy wzbranianiu się z dopuszczeniem do niej mechanizmów konkurencji, a o to w istocie chodzi owym samozwańczym obrońcom po swojemu rozumianego interesu narodowego.

Wyraźnie widoczne jest to w przypadku rolnictwa. Ludowcy i inni rzecznicy tej zacofanej branży twierdzą, że można ją będzie poddać konkurencji zagranicznej dopiero wtedy, kiedy stanie się do niej gotowa. Sposobem na dostosowanie polskiego rolnictwa do wymogów konkurencji ma być jego obrona przed nią, czyli prowadzenie polityki rozbudowanego protekcjonizmu. Ten sposób przygotowywania do wymogów wolnego rynku, poprzez ochronę przed nim, jest zalecany przez rozmaitych działaczy i stosowany przez różnych polityków także wobec wielu innych branż, od górnictwa węglowego, do telekomunikacji. Efektem są albo potężne straty finansowe, albo zyski osiągane dzięki administracyjnie ustanowionemu i chronionemu monopolowi, przy nie zaspokojonym popycie, marnej jakości produktów i usług oraz lekceważeniu potrzeb klientów.

W opisany sposób rozumują także niektórzy krytycy prywatyzacji, protestujący przeciw "wyprzedaży majątku narodowego za bezcen" i postulujący by przedsiębiorstwa przeznaczone do sprywatyzowania najpierw uzdrowić i doprowadzić do wysokiej efektywności, bo to pozwoli je sprzedać znacznie drożej. Zakłada się więc implicite, że przedsiębiorstwa państwowe można doprowadzić do wysokiej efektywności. Gdyby tak było, to nie trzeba byłoby ich w ogóle prywatyzować. A do czego prowadzi wiara w możliwość uzdrowienia przedsiębiorstwa państwowego, pokazują przykłady Ursusa, Stoczni Gdańskiej czy PZU. Przygotowywanie ich do prywatyzacji dotychczasowymi metodami, respektującymi ich status przedsiębiorstwa publicznego, może sprawić, że jej w ogóle nie doczekają. Wielu natomiast sądzi, że choć wprowadzenie kapitalizmu jest nieuniknione, to powinno być rozłożone w czasie i dokonywane etapami, stopniowo, gdy kolejne dziedziny będą już do tego przygotowane. Wynika z tego, że sposobem na przystosowanie się do kapitalizmu jest przedłużanie okresu pozostawania w socjalizmie.

Jeszcze inni, uważający się za bardziej realistycznie myślących, dopuszczają ewentualność wprowadzenia stosunków kapitalistycznych w zakresie produkcji, ale przy utrzymaniu jak najszerszego zasięgu stosunków socjalistycznych w sferze podziału. Ta pozornie kompromisowa konstrukcja myślowa ma tyle wspólnego z realizmem, co wszystkie projekty i pomysły Piotra Ikonowicza. Jeśli efekty pracy mają być dzielone według reguł socjalistycznych, wtedy gwałtownie zaczyna ubywać chętnych do wykonywania efektywnej pracy. Sposób podziału wpływa na sposób wytwarzania. Niezrozumienie tego stanowiło podstawowy błąd doktryny Marksa i jego dzisiejszych następców. o­n sam wprawdzie brnął tą drogą konsekwentnie dalej, proponując wprowadzenie stosunków socjalistycznych także w sferze wytwarzania, ale to w gruncie rzeczy już niewiele zmienia i na jedno wychodzi. Produkcja zorganizowana według zasad socjalistycznych nie może być efektywna, bo z samego założenia nie efekty ekonomiczne, czyli zysk, są jej celem, lecz jakieś mętne kryteria psychologiczne (zaspokojenie potrzeb, stąd "każdemu według potrzeb"). Gdyby nawet jednak socjalistyczne przedsiębiorstwa mogły być efektywne, to socjalistyczny podział efektów ich pracy tę efektywność i tak by im odebrał. Marksiści wprawdzie sądzili, że da się ją zapewnić poprzez przymus pracy, gwarantowany dyktaturą proletariatu, ale nie brali pod uwagę, że praca przymusowa z istoty swojej nie może być efektywna, a dyktatura proletariatu musi się zrealizować w formie dyktatury ciemniaków. Skądże zresztą mogliby to wszystko wiedzieć, skoro to o­ni właśnie nimi byli.

Jest wreszcie kategoria najbardziej sprytnych i przebiegłych, jak sami o sobie sądzą. Trafnie opisał ich Jacek Fedorowicz (cyt. za "Rzeczpospolitą"): "Politycy z grona tzw. przyjaciół ludu odkryli, że po doświadczeniach Peerelu prawie nikt już nie wierzy w socjalizm dla wszystkich, ale każdy ma nadzieję, że da się wszystko tak urządzić, iż w kapitalistyczną pracę wrobi się kogoś innego, samemu zaś będzie się dostawać kapitalistyczną pensję za socjalistyczną pracę". W naszym wyjściowym przykładzie stosowanie tej formuły myślowej przynosi następującą kalkulację: niech inni budują na kapitalistycznym rynku domy, w których my będziemy mieszkać za socjalistyczne czynsze. Ten pozornie sprytny wariant ma tylko jedną słabość: nie chce się spełniać. Mieszkań wynajmowanych na socjalistycznych zasadach nie tylko nie przybywa, bo nikt ich nie chce budować, lecz ubywa, ponieważ niektóre domy się rozlatują, a część już istniejących mieszkań jest wyprowadzana zawiłymi drogami spod tzw. kwaterunku, inaczej zwanego szczególnym trybem najmu.



2007 ©  Krakowskie Towarzystwo Przemysłowe
http://www.ktp.org.pl/