Historyczne Przedsięwzięcie
Marek Dąbrowski


Niedawna decyzja o przystąpieniu 11 krajów - Austrii, Belgii, Finlandii, Francji, Hiszpanii, Holandii, Irlandii, Luksemburga, Niemiec, Portugalii i Włoch - do pierwszego etapu Europejskiej Unii Gospodarczej i Monetarnej (EMU) stanowi zwieńczenie 40-letniego procesu integracji gospodarczej na naszym kontynencie (głównie w jego zachodniej części), a być może także początek kolejnego etapu integracji politycznej.

Jakie korzyści powinna przynieść wspólna waluta uczestnikom tego historycznego projektu? W pierwszej kolejności znikną koszty transakcyjne, związane z wzajemną wymianą walut w obszarze euro. Oprócz tego wyeliminowane zostanie ryzyko kursowe. Oba te efekty powinny wpłynąć korzystnie na stymulowanie obrotów handlowych oraz finansowych pomiędzy członkami unii monetarnej. Zniknie faktycznie ostatnia poważniejsza bariera w przepływie towarów i usług oraz kapitału w ramach powstałego na początku bieżącej dekady Jednolitego Rynku Europejskiego.

Efekt kreacji handlu i integracji rynków finansowych może się okazać na tyle silny, że nie jest wykluczone, że trzej członkowie Unii Europejskiej, którzy zdecydowali się pozostać przy swoich walutach z przyczyn głównie politycznych (Wielka Brytania, Dania i Szwecja) szybko zrewidują swoje stanowisko i wprowadzą euro z rocznym lub dwuletnim opóźnieniem. Koszty pozostawania poza obszarem wspólnej waluty będą bowiem zbyt wysokie. Już dziś długoterminowe stopy procentowe w Wielkiej Brytanii są nieco wyższe, niż we Włoszech, mimo znacznie lepszej kondycji gospodarki brytyjskiej, niż włoskiej.

Dodatkowe korzyści wyciągną (a na dobrą sprawę już w znacznej mierze wyciągnęły) kraje o słabszych walutach i wysokim długu publicznym. Import wiarygodności z zewnątrz (zakładając oczywiście, że euro będzie walutą mocną i stabilną) prowadzić będzie do obniżki stóp procentowych i kosztów obsługi długu publicznego, a w dłuższej perspektywie - prawdopodobnie do wzrostu skłonności do oszczędzania. Spektakularnym przykładem korzyści, płynących z samego faktu oczekiwanego członkostwa w EMU stanowią wspomniane już Włochy. Z chwilą ponownego przystąpienia tego kraju do ERM (europejskiego mechanizmu wzajemnego powiązania kursów walutowych) jesienią 1996 roku nastąpił gwałtowny spadek stóp procentowych i kosztów obsługi ogromnego, przekraczającego 100% PKB, długu publicznego, przyczyniając się w ten sposób do dodatkowego obniżenia deficytu budżetowego (zasadnicze znaczenie miał tu jednak pakiet reform fiskalnych, podjęty przez centrolewicowy rząd Romana Prodiego). Rynki finansowe oczekiwały bowiem, że kraj ten jest na drodze, prowadzącej do członkostwa w EMU. Podobne procesy można zaobserwować obecnie w Grecji, która dopiero w bieżącym roku przystąpiła do ERM i stanie się prawdopodobnie członkiem EMU w roku 2001.

Lustrzanym odzwierciedleniem korzyści, już odnoszonych i oczekiwanych w przyszłości przez kraje o słabszych dotąd walutach (głównie we Włoszech i krajach iberyjskich) są obawy w krajach o tradycyjnie silnych walutach, przede wszystkim w Niemczech. Niemiecki Bundesbank i niemiecka opinia publiczna niepokoją się bowiem, że przystąpienie do EMU krajów o wysokich deficytach budżetowych, dużym garbie długu publicznego, szarpanych częstymi konfliktami socjalnymi spowoduje słabość euro i brak zaufania do niego rynków finansowych. Stąd bardzo ostre kryteria tzw. konwergencji makroekonomicznej (głównie natury fiskalnej), ustanowione w traktacie z Maastricht, utrwalone w roku ubiegłym w tzw. pakcie stabilizacyjnym, a także powierzenie polityki monetarnej w strefie euro niezależnemu Europejskiemu Bankowi Centralnemu.

Chcąc spełnić kryteria z Maastricht, wszystkie kraje kandydujące do EMU musiały w ostatnich kilku latach dokonać bolesnego wysiłku ograniczenia deficytów budżetowych, zadłużenia publicznego i inflacji. Aby to osiągnąć, konieczne były cięcia w zbyt obfitych programach socjalnych i emerytalnych, a także ograniczenie wsparcia dla nieefektywnych sektorów gospodarki (górnictwo, hutnictwo, przemysł stoczniowy itp.). Gdyby nie perspektywa EMU, trudno byłoby prawdopodobnie uzyskać consensus polityczny dla wielu niepopularnych reform. Dlatego też idea wspólnej waluty była szczególnie silnie kontestowana przez ekonomistów i polityków o poglądach lewicowych i populistycznych, obrońców rozdętego państwa dobrobytu itp.

Test z traktatu z Maastricht wypadł pomyślnie dla wszystkich krajów z wyjątkiem Grecji (a i o­na poprawiła znacząco swoje wyniki). Kraje przeżywające jeszcze kilka lat temu poważny kryzys fiskalny (Włochy, Hiszpania, kraje skandynawskie, częściowo Francja) wyrównały wspólny front z Niemcami, które notabene przeżywają obecnie jeden z trudniejszych okresów w swej powojennej historii gospodarczej. Nadmierne koszty transformacji w Niemczech Wschodnich, opóźnienie reform socjalnych i strukturalnych, a także związany z tym wzrost napięć socjalnych spowodowały, że kraj ten, będący inicjatorem surowych kryteriów z Maastricht, z trudem je sam wypełnił.

Obok niewątpliwych korzyści wspólna waluta rodzi nowe wyzwania, zarówno natury ekonomicznej, jak i politycznej. Znika mechanizm dostosowania makro- i mikroekonomicznego w postaci zmiany kursu walutowego. Wprawdzie ponad dwa dziesięciolecia tzw. węża walutowego, a później ERM, ograniczyły możliwość jego częstego wykorzystania, zawsze pozostawał jako awaryjny instrument dostosowawczy w przypadku utraty konkurencyjności przez producentów krajowych lub zaistnienia tzw. asymetrycznego szoku zewnętrznego. Jeśli pierwszą ewentualność można wykluczyć lub znacznie ograniczyć poprzez odpowiednią dyscyplinę makroekonomiczną (czemu służą postanowienia traktatu z Maastricht oraz paktu stabilizacyjnego), to druga pozostaje zawsze aktualną. Przykładem może np. gwałtowny wzrost cen ropy naftowej, który przynosi korzyści regionom ją wydobywającym, a straty w regionach konsumujących ropę. Zgodnie z teorią optymalnego obszaru walutowego, opisaną po raz pierwszy w r. 1961 przez amerykańskiego ekonomistę Roberta Mundella, a następnie rozwiniętą przez Ronalda McKinnona i innych autorów, jeśli region zyskujący na wzroście cen ropy i region tracący w wyniku podwyżki posiadają różne waluty, wówczas następuje dostosowanie poprzez zmianę kursu walutowego. Jeśli posiadają tę samą walutę, wówczas w grę wchodzi odpowiedni przepływ siły roboczej oraz kapitału pomiędzy regionami.

I tu pojawiają się największe wątpliwości tzw. eurosceptyków. Jeśli bowiem w ramach Jednolitego Rynku Europejskiego dokonano daleko idącej liberalizacji przepływów kapitałowych, a wprowadzenie euro powinno dodatkowo wzmocnić ten proces, to stopień elastyczności rynków pracy zarówno pomiędzy poszczególnymi krajami członkowskimi, jak i wewnątrz nich pozostawia wiele do życzenia. I o to toczy się dziś główna batalia wewnątrz Unii. Podczas gdy kraje, które dokonały znaczących reform rynku pracy, takie jak Wielka Brytania, Holandia i Dania nakłaniają innych do pójścia ich śladem, to Hiszpania, Francja, Włochy, a także Niemcy i Austria mają wewnętrzne problemy z przekonaniem do tego wpływowych związków zawodowych.

Być może właśnie wprowadzenie euro zmusi do kolejnego etapu demontażu tzw. państwa dobrobytu i ograniczenia nadmiernych usztywnień rynku pracy oraz nadmiernie rozbudowanych gwarancji socjalnych. Wówczas zwiększyłyby się szanse na stabilność wspólnej waluty, a kraje UE zyskałyby szanse na przełamanie tendencji stagnacyjnych, obserwowanych w ostatnich dwóch dziesięcioleciach.

Jeśli nie nastąpi dostateczne uelastycznienie rynku pracy, wówczas pozostaje trzecia linia obrony przed skutkami asymetrycznych szoków - transfery fiskalne. To jednak wymagałoby znaczącego wzrostu roli budżetu Unii w stosunku do budżetów narodowych, czyli w praktyce budowę unii politycznej. Do tego jednak większość społeczeństw krajów członkowskich wydaje się na razie jeszcze nie przygotowanych.

Określony consensus polityczny jest również niezbędny dla zapewnienia bieżącej stabilności samego euro, tzn. uniezależnienia polityki pieniężnej Europejskiego Banku Centralnego od nacisków politycznych zarówno organów Unii, jak i rządów i parlamentów narodowych. Postanowienia traktatu z Maastricht, statut EBC oraz postanowienia paktu stabilizacyjnego wydają się być tutaj dostateczną gwarancją, o czym świadczy m. in. pozytywna reakcja rynków finansowych na decyzje szczytu brukselskiego. Paradoksalnie brak silnego rządu i parlamentu Unii może być czynnikiem umacniającym faktyczną niezależność EBC. Jeśli kraje członkowskie będą nadal przestrzegać dyscypliny fiskalnej, to nie powinny pojawić się na rynku finansowym obawy, że EBC będzie zmuszony do nadmiernej emisji pieniądza w celu zapobieżenia bankructwu któregoś z uczestników Unii.

Pamiętajmy jednak, że moment wprowadzenia euro zbiega się w czasie z poprawą koniunktury we wszystkich krajach UE. Pierwszy poważny test dla EBC przyjdzie więc z chwilą pojawienia się tendencji recesyjnych lub niekorzystnych szoków zewnętrznych, szczególnie jeśli będą o­ne miały charakter niesymetryczny. Jeśli w międzyczasie nie nastąpi istotny postęp w reformowaniu rynku pracy i przeprowadzeniu innych niezbędnych reform strukturalnych, EBC może zostać poddany silnej presji politycznej, prowadzącej do osłabienia euro. A to oznaczałoby porażkę historycznego projektu europejskiej wspólnej waluty.



2007 ©  Krakowskie Towarzystwo Przemysłowe
http://www.ktp.org.pl/