Brud, ... i ubóstwo
Janusz A. Majcherek


Im lepszą sytuację gospodarczą odnotowują i obwieszczają statystycy, tym częściej w publicznych miejscach można się natknąć na żebraków, bezdomnych, włóczęgów i innych obdartusów. Ostatnio stali się zwłaszcza plagą dworców i pociągów, ze szczególną intensywnością manifestując swoją obecność w pomieszczeniach stacji Warszawa Centralna, gdzie na środku wielkiej hali koczują ich dziesiątki. Dla malkontentów to widomy znak, że statystyki kłamią, a społeczeństwo w rzeczywistości gwałtownie ubożeje. Dla socjalistów będzie to naoczny dowód, że kapitalizm prowadzi do pogłębienia nierówności i czyni biednych jeszcze biedniejszymi, zmuszając ich do poniewierki i skazując na wegetację. Dla stowarzyszeń lokatorskich stanowi dodatkowy argument w walce o urzędowe limitowanie czynszów i wspieranie przez państwo budownictwa społecznego, skoro tylu nieszczęśników nie ma gdzie mieszkać, a wielu mieszkańców jest zagrożonych eksmisją na bruk i powiększeniem liczby bezdomnych. Dla ludzi o wrażliwym sercu to okazja do sięgnięcia po portfel. Dla ludzi o wrażliwym zmyśle powonienia powód do ucieczki. A dla myślących - pretekst do namysłu.

Narzucające się, oczywiste na pozór wyjaśnienie, że ubóstwo czy bezdomność, a więc niedostatek wszelkich lub pewnych dóbr materialnych, jest problemem ekonomicznym, zatem da się zlikwidować lub ograniczyć ekonomicznymi środkami i metodami, w istocie jest nietrafne. Gdyby tak było, to wzrost poziomu życia i społecznych zasobów prowadziłby do eliminacji tych zjawisk, a tak nie jest. W USA, które pod względem poziomu rozwoju i dochodów per capita mogą stanowić dla Polaków nieziszczalny ideał, liczba bezdomnych rośnie z roku na rok, a krąg ubóstwa w oficjalnych statystykach określany jest na ponad 35 mln osób. Dzieje się to, przypomnijmy, pod rządami ekipy lewicującej i obnoszącej się ze swoją wrażliwością socjalną. Kiedy 10 lat temu ówczesny rzecznik komunistycznego rządu PRL zaoferował amerykańskim bezdomnym koce, uznano to słusznie za gest groteskowy i prowokacyjny. We Francji, kojarzącej się Polakom nie tylko z materialnym dostatkiem, ale i wysublimowaną kulturą, kloszardzi stanowią odwieczny i naturalny element miejskiego pejzażu, zjawisko niemal kulturowe właśnie.

Stwierdzenie, że amerykańscy homeless czy francuscy clochard są ofiarami panującej w tych krajach biedy, byłoby przecież jakimś grubym nadużyciem, skoro oba należą do najbogatszych na świecie. Polacy w ciągu ostatnich kilku lat zorientowali się już i pojęli, że bezrobotnymi niekoniecznie są osoby rzeczywiście nie mogące znaleźć pracy, żebractwem parają się nie tylko ludzie faktycznie nie mający innych możliwości utrzymania się przy życiu, a bezdomni to wcale nie ci, których nie było stać na płacenie czynszu. Tworzenie nowych miejsc pracy czy przyrost ilości budowanych mieszkań nie będzie więc zmniejszać skali ubóstwa, żebractwa czy bezdomności. W Stanach Zjednoczonych zaczynają się już pojawiać obrazoburcze, lecz dobrze udokumentowane opinie, że pewien, sięgający 10 proc. populacji margines biedy i nieprzystosowania jest nieuchronnym składnikiem każdego społeczeństwa, bez względu na stopień jego materialnego rozwoju i ogólnego czy średniego poziomu życia. Tworzy się i utrzymuje nie w wyniku uwarunkowań ekonomicznych, czy nawet społecznych, ale psychologicznych. Pewna grupa ludzi wykazuje po prostu skłonności do nieuporządkowanego, pozbawionego trwałych podstaw, abnegacyjnego stylu życia. W Polsce funkcjonuje określenie "syndrom wyuczonej bezradności", które sugeruje upośledzenie wyniesione z czasów i doświadczeń komunistycznych, utrudniające czy zgoła uniemożliwiające przystosowanie się do warunków rynkowych. Występuje o­no jednak także w społeczeństwach, które nigdy komunizmu nie zaznały.

Teza, że niektórzy wybierają bezdomność, włóczęgostwo czy żebractwo, bo wolą tak żyć lub nie chcą i nie umieją inaczej, może się wydawać prowokacyjna i absurdalna. Protestów jednak raczej nie będzie, gdy padnie stwierdzenie, że są ludzie nie myjący się wcale nie z braku wody, część kobiet prostytuuje się bez konieczności i przymusu, a niektórzy mają kłopoty ze zdrowiem skutkiem prowadzonego przez siebie samych trybu życia. Higiena osobista nie jest problemem tylko infrastrukturalnym (dostępności bieżącej wody), prostytucja seksuologicznym, a zdrowie jedynie medycznym. Zapadalność na choroby i przedwczesna umieralność znacznie się w ostatnich latach w Polsce zmniejszyły z powodu zmiany trybu życia Polaków, a nie podniesienia poziomu i dostępności usług medycznych.

Przyjmując najprostsze wnioskowanie, zgodnie z którym bezdomni dlatego są brudni, że nie mają się gdzie umyć Marek Kotański uruchomił dla nich łaźnię na wspomnianym dworcu warszawskim, lecz została o­na w krótkim czasie zdewastowana i zamknięta. Czy można sobie wyobrazić, że tacy ludzie rzeczywiście daliby sobie radę w superkomfortowych mieszkaniach? Margines ubóstwa, nieprzystosowania i bezdomności jest więc nieusuwalny, co nie oznacza, że stały. Niektórym, raczej nielicznym, udaje się go opuścić, podobnie jak niektórym prostytutkom i alkoholikom, ale bardziej to zależy od ich własnej woli i inwencji niż wszelkiej oferowanej im pomocy z zewnątrz. Wręczanie pieniędzy do ręki jest bodaj najmniej efektywne, bo na pewno nie posłużą o­ne do ułatwienia zmiany dotychczasowego sposobu życia. Zjawisko jednak istnieje i trzeba sobie jakoś dawać z nim radę, albo przynajmniej ograniczyć jego dokuczliwość. Prostytucja czy pijaństwo też nigdy nie znikną, lecz muszą być kontrolowane i zwalczane. Bezdomność czy żebractwo nie są wprawdzie przestępstwem, ale prostytucja przecież także nie. Kto jednak nie chce mieć do czynienia z kobietami publicznymi, ten nie musi się na nie natknąć, jeśli tylko będzie unikał kilku szczególnych miejsc.

Śmierdzących i brudnych, natarczywych żebraków, pijaków i narkomanów nie sposób uniknąć na ulicach, dworcach, w pociągach, tramwajach i wielu innych publicznych miejscach. Czy można się ich stamtąd pozbyć? I czy wolno w ogóle ten problem w taki sposób postawić, nie narażając się na zarzut bezduszności, nietolerancji czy wręcz arogancji? Warto pamiętać, że w czasach komunistycznych takich pytań nie stawiano, lecz po prostu milicja wyrzucała lub zamykała kogo chciała, bo doktryna nie przewidywała istnienia pewnych zjawisk, zatem nie miały prawa się publicznie ujawniać. Obecnie ujawniają się w sposób aż nazbyt swobodny i ostentacyjny, a przy tym dokuczliwy.



2007 ©  Krakowskie Towarzystwo Przemysłowe
http://www.ktp.org.pl/