Kult Cierpienia i narzekania czyli infantylizacja społeczeństwa
Leszek Skowroński


Były kiedyś takie czasy, że Anglicy, kiedy im coś w życiu nie wyszło mówili o przeciwnościach losowych, pechu albo po prostu przyznawali, że popełnili błąd lub niedostatecznie przyłożyli się do pracy. We współczesnym państwie dobrobytu coraz więcej obywateli uważa, że ich niepowodzenia mają źródło w tym, że urodzili się w niedostatecznie bogatej rodzinie, nie chodzili do dobrej szkoły, mieli złych nauczycieli, trafili na niedobrych pracodawców, rodzice przekazali im nie takie geny jakie trzeba, palą, bo nie mogli oprzeć się podstępnym reklamom papierosów, są zadłużeni, bo banki skusiły ich pożyczkami, nie pracują, bo praca ich męczy i wprowadza w stan stresu. Z tych i tysiąca innych powodów ludzie czują się rozgoryczeni i żadają za swe cierpienia rekompensaty, najlepiej w gotówce.

Socjolodzy i psycholodzy zaczynają mówić o "kulturze cierpienia", "kulturze narzekania" i szerzącym się "kulcie ofiary". Chodzi tu o zjawisko, wydawałoby się obce, do tej pory, naturze Anglików, gloryfikowania ofiar, nieudaczników, nieszczęśników, tych, którym się nie powiodło. Ofiary losu są wysoko notowanym towarem dla grup nacisku, prawników, terapeutów, gospodarzy talk-shows w mediach, zwłaszcza gdy opowiadając o swych nieszczęściach dają ujście swym emocjom, np. płaczą lub wygłoszą wzruszający apel (wprawdzie ja cierpię, ale mam nadzieje, że moje nieszczęście nie pójdzie na marne, lecz ostrzeże innych przed moim losem wzgl. zmusi rząd do odpowiednich działań).

Kult ofiary przy jednoczesnej tendencji przerzucania odpowiedzialności za swoje życiowe wybory i postępowanie na innych, prowadzi do narastania fali procesów sądowych. Dla zilustrowania tego, że dzisiaj każdy ma prawo czuć się ofiarą i żądać rekompensaty, przytaczam poniżej kilka przykładów.

Uzbrojonemu osobnikowi, który napadł na urząd pocztowy w dniu wypłaty emerytur udało się wymusić wydanie pieniędzy przez przytknięcie rewolweru do głowy poczciarza. W czasie ucieczki zostaje postrzelony i schwytany. Trywialność tego wydarzenia w życiu cywilizowanego i bogatego społeczeństwa jakim jest Anglia byłaby niegodna nawet małej wzmianki w lokalnym dzienniku gdyby nie dalszy ciąg. Napastnik miał atrapę zamiast pistoletu. Ponieważ nie przytykał do głowy strachliwego urzędnika prawdziwego pistoletu, bandyta uważa, że policja strzelając do niego popełniła przestępstwo, które musi mu być godziwie zrekompensowane. Jest człowiekiem skrupulatnym, więc przedstawił reszcie społeczeństwa szczegółowy rachunek wyliczający ile go zbrodnicza akcja policji kosztowała. Rachunek zawiera między innymi koszt prania zbrukanej krwią koszuli, zacerowania dziury po kuli a również koszty jakie poniosła rodzina odwiedzając go w więzieniu na bilety kolejowe, autobusowe i wydatki na paczki. Zamierza sądzić się z policją, więc zażądał pieniędzy na proces, które mu z pewnością, jako pokrzywdzonemu i bez sukcesu zawodowego obywatelowi, automatycznie się należą. I nie pomylił się. Pieniądze faktycznie mu przyznano. Ten to dopiero fakt sprawił, że los pechowego, lecz ufnego w należne mu prawa bandyty stał się wart notatki w prasie. Powyższą historyjkę jeszcze trzydzieści lat temu można by zapewne skwitować stwierdzeniem, że bezczelny bandyta postanowił zakpić sobie z prawa a ktoś przez pomyłkę albo niewytłumaczalną głupotę dał się na to nabrać. Dzisiaj w brytyjskim narodzie panuje inny duch i taka interpretacja jest po prostu błędną. Ludzie dzisiaj mają prawa i należne im prawa egzekwują.

Ludzie końca wieku XX-go, wieku postępu, nauki i techniki, wiedzą, że gdy komuś coś dolega albo, odpukać, umrze to tylko dlatego, że trafił na kiepskiego lekarza. (Czytelnik prasy brytyjskiej jest dobrze poinformowany, że ś. p. księżna Diana wyszłaby z paryskiego wypadku cało gdyby na miejscu kraksy był porządny lekarz, najlepiej Anglik, a nie partacz żabojad.) Zawód lekarza jest dzisiaj zawodem podwyższonego ryzyka. Każde pogorszenie się zdrowia może być zinterpretowane jako błąd w sztuce lekarskiej, a więc powód do ubiegania się pacjenta o rekompensatę finansowa. Dobry lekarz, któremu udaje się uratować życie pacjenta też musi być przygotowany, że uratowany zamiast kwiatów wręczy mu pozew sądowy. Mr Cyril Smith z Portsmouth, chorujący na raka, sądzi się ze swoim lekarzem o to, że żyje. Lekarz powiedział mu w 1992 r., że przy jego raku nie daje mu więcej niż 3 miesiące. W 1996 roku pan Smith uznał, że to zakrawa na kpiny, że tak żyje i żyje i podał swego uzdrowiciela do sądu. Jak już go uratowali, to niech szpital płaci by panu Smithowi żyło się nie tylko zdrowo ale i dostatnio.

Mecz piłkarski pomiędzy zespołami Liverpool i Nottingham Forest w kwietniu 1989 roku na stadionie w Hillsborough zakończył się tragedią. Konstrukcja stadionu nie wytrzymała naboru kibiców i w katastrofie zginęło 96 osób. Po siedmiu latach tragedia wróciła na łamy prasy brytyjskiej z powodu interesującego i dla ludzi starej daty, szokującego precedensu prawnego. 150-ciu policjantów biorących w akcji kierowania tłumami, ratowania i wydobywania ofiar wystąpiło wobec swego pracodawcy - komendy policji hrabstwa Yorkshire - o odszkodowanie za straty psychiczne. To co przeżyli w godzinach pracy było tak przykre i bolesne dla ich psychiki, że tylko pieniądze i to duże, były w stanie zrekompensować ich ból. 14-tu policjantów wyceniło szok jaki przeżyli na stadionie na 250 tysięcy funtów każdy, reszta ich z kolegów na sumy od paru tysięcy do 100 tysięcy funtów. Pieniądze im przyznano.

Policjanci czuli, że pracodawca nadużył swych praw wysyłając ich do zbyt stresującej akcji. Weterani wojny w Zatoce Perskiej sądzą się z ministerstwem obrony bo bolą ich głowy i mają koszmary senne. Rodziny poległych w tej wojnie sądzą się o odszkodowania. Wygląda na to, że idąc dzisiaj na służbę policjant oczekuje, że gdy zajdzie coś naprawdę tragicznego, to policjantom powinno się zaoszczędzić stresu zaś zawodowi żołnierze wydają się zadać by wojna była bezpieczna i pozostawiła w ich pamięci tylko przyjemne wspomnienia.

Wiktoriańskie poczucie obowiązku, odpowiedzialności, służby społeczeństwu zastąpione zostało ideologią "praw" i żądaniami zaspokajania "elementarnych potrzeb". Stereotyp Anglika znoszącego przeciwności losu ze stoickim spokojem, z zaciętymi zębami albo z pogardliwym uśmiechem, odszedł do lamusa razem z resztkami imperium.



2007 ©  Krakowskie Towarzystwo Przemysłowe
http://www.ktp.org.pl/