Państwo - niańka
Leszek Skowroński


Były dowódca szwadronu myśliwców z czasów Bitwy o Anglię, obecnie pensjonariusz domu starców, poprosił o jajko na miękko na śniadanie. Jego niewymyślne życzenie spotkało się z odmową. Kierownik pensjonatu wyjaśnił, że przepisy nie pozwalają mu na podawanie dań, które narażałyby na ryzyko życie staruszka. Według obowiązujących go wytycznych istnieje prawdopodobieństwo większe od zera, że jajko a zwłaszcza jajko na miękko może mieć salmonellę, odpowiedni więc urząd zakazał podawania tego frykasu. Argumentacja bohatera Bitwy o Anglię, że zdarzało mu się w życiu podejmować większe ryzyko niż zjedzenie jajka na miękko i że bierze odpowiedzialność za skutki swej szalonej zachcianki zdały się na nic.

Zupełnie przeciwny problem ma czytelnik piszący do styczniowego Spectatora. Skarży się, że gdziekolwiek idzie ostatnio w gościnę, za każdym razem gospodarze serwują mu mięso wołowe z kością. Dowcip jest w tym, że od kilku tygodni sprzedaż wołowiny z kością jest w Anglii, z woli panującego nam rządu, przestępstwem kryminalnym. Rząd angielskich laburzystów natychmiast po otrzymaniu wyników badań, że mięso wołowe przy kości ma większe prawdopodobieństwo być narażone na związki z tzw. "chorobą wściekłych krów" - BSE niż mięso od kości oddalone, natychmiast zakazał sprzedaży. Główny urzędnik medyczny rządu, Sir Kenneth Calman, powiedział, że chociaż niebezpieczeństwo jest minimalne, istnieje bowiem prawdopodobieństwo zachorowania w całej Wielkiej Brytanii maksimum dwóch do trzech osób z tego powodu, rząd zadecydował działać natychmiast i minister rolnictwa wydał zakazujące przepisy. Niezwykła była reakcja klientów. Zamiast być wdzięcznym dbającemu o ich zdrowie rządowi, klienci ruszyli do sklepów by porobić zapasy wołowiny z kością przed datą wejścia przepisów w życie. "Sprzedałem dziesięć razy więcej niż zwykle żeberek i ogonów wołowych"powiedział rzeźnik londyński David Lidgate. Chętnych na kości było tak wielu, że trzeba było je racjonować. Dla pana Lidgate jedynym dowodem, że wołowina wywołuje zmiany w mózgu były zawirowania w mózgach ministrów, którzy wprowadzili zakaz (Time). Symptomatyczny był list niejakiego T. G. Harrisa do redaktora The Daily Telegraph: "Szanowny Panie, piszę ten list pod kołdrą w łóżku, w którym jak sądzę powinienem pozostać, dopóki Rząd nie udzieli mi pozwolenia bym wstał i stanął twarzą w twarz z niebezpieczeństwami tego świata, od których nasz Rząd stara się mnie ochronić". W tej samej gazecie podano dla porównania, że przyjmując dane na których oparto zakaz, prawdopodobieństwo śmierci po zjedzeniu mięsa na kości jest jak jeden do 600 milionów, ryzyko bycia zamordowanym jest jeden do 100 tysięcy a prawdopodobieństwo śmierci w wypadku drogowym jeden do 8 tysięcy. Śmierć z zatrucia wołowiną z kością jest mniej prawdopodobna niż bycie zabitym przez uderzenie pioruna i mniej prawdopodobna niż utopienie się we własnej wannie. Po skryminalizowaniu wołowiny z kością do towarzyskiego szyku należy więc podawanie gościom mięsa z kością. Gospodyni jest dumna z pokazania, że ma swoje prywatne dojście do zakazanego towaru a goście mają wdzięczny temat do rozmowy. Dzięki labourzystowskiemu rządowi Anglicy mogą doświadczyć dreszczyku emocji i poznać radość zdobywania poprzez znajomości towaru niedostępnego w sklepie.

W przytoczonych ingerencjach rządu w menu obywateli mamy do czynienia ze skutkami nacjonalizacji indywidualnej odpowiedzialności. Opisane przypadki są owocami myślenia, które tkwi u podstaw państwa opiekuńczego - to państwo ma obowiązek zadbać o dobrobyt, bezpieczeństwo, zdrowie a nawet potomstwo swych obywateli. Nieuniknione jest, że zgoda na przerzucenie obowiazków na państwo pociąga za sobą prawo rządu do wydawania nakazów i zakazów. Członkowie rządu, szczególnie o socjalistycznym rodowodzie, mają naturalną skłonność do uznawania takiego myślenia za prawdziwe i pożądane. Jest jednak prawda że, w kraju demokratycznym rząd, który by nie reprezentował wartości podzielanych przez większość społeczeństwa długo by się u władzy nie utrzymał. Stopniowo, w sposób niemal niezauważalny dla siebie i w gruncie rzeczy dobrowolnie, coraz większe rzesze obywateli uznają, że to kto inny powinien przejąć odpowiedzialność za ich życie.

Śmiejemy się (nie wszyscy) z głupoty przytoczonych zakazów i sympatyzujemy z przekorą tych (nie tak wielu) Anglików, którzy są zdeterminowani jeść wołowinę z kością wbrew oficjalnemu zakazowi. Dopiero po chwili refleksji zdajemy sobie sprawę, że wspomniany minister podjął te decyzje nie dlatego, że jest głupi albo czerpie szczególnie wyrafinowana przyjemność z dyktowania ludziom co mogą jeść a co nie ale dlatego bo czuł, że wielu ludzi oczekiwało by w imieniu rządu zdjął z nich trud podjęcia decyzji czy smak wołowiny z kością wart jest ryzyka. Ocenił, że nie interweniując naraziłby się na dużo większą krytykę i zarzut nie wykonywania powierzonych mu obowiązków. Nacjonalizacja prywatnej własności miała skutki opłakane i prawie natychmiast widoczne a mimo to przeszło ponad pół wieku zanim jej zwolennicy uznali łatwo w końcu wymierne fakty. Skutków nacjonalizacji prywatnej odpowiedzialności tak łatwo wymierzyć się nie da, zwłaszcza, że jej opłakane konsekwencje przychodzą stopniowo i w różnych, pozornie nie związanych że sobą dziedzinach.



2007 ©  Krakowskie Towarzystwo Przemysłowe
http://www.ktp.org.pl/