Kwestia wyobraźni
Janusz A. Majcherek


Można by się spodziewać, że reglamentacja, ceny regulowane przez państwo czy administracyjnie kontrolowany system dystrybucji definitywnie się w Polsce skompromitowały, a rządzące takimi procesami mechanizmy zostały zdemaskowane i zdyskwalifikowane. Okazuje się jednak, że wielu obywateli i ich politycznych reprezentantów wciąż pokłada w nich zaufanie, godzi się na wynikające z nich patologie i przeciwstawia się próbom ich anulowania.

Przykład pierwszy to kwestia dostępności do studiów wyższych. W imię sprawiedliwości społecznej wprowadzono do konstytucji zapis o ich bezpłatności. Uzasadnieniem jest chęć zapewnienia wszystkim równego dostępu do wykształcenia, a także wyrównania szans młodzieży biednej i wiejskiej.

Tymczasem w okresie całkowicie bezpłatnego szkolnictwa PRL wskaźniki skolaryzacji zepchnęły Polaków na szary koniec Europy, a odsetek młodzieży wiejskiej i robotniczej na studiach był niższy aniżeli w czasach międzywojennych, gdy obowiązywało czesne. W latach 1990-97 natomiast wskaźnik skolaryzacji na poziomie wyższym podwoił się, a liczba studiujących wzrosła z 400 tys. do ponad miliona. Stało się tak głównie w wyniku wprowadzenia odpłatności za studia zaoczne i wieczorowe, które dzięki temu rozwinęły się na niespotykaną wcześniej skalę. Oczywiście jest w tym zjawisku element patologiczny, lecz wynika o­n nie z faktu pobierania czesnego, lecz z niemożności wprowadzenia go na studiach dziennych, co spowodowało powstanie tak pokrętnej metody obchodzenia reguły bezpłatności. Powoduje to, że część studentów za darmo uczestniczy w zajęciach dogodniej zorganizowanych, lepiej prowadzonych i stojących na wyższym poziomie, a druga, równie liczna, musi płacić za naukę odbywającą się w gorszych warunkach, na niższym poziomie i przy znacznie utrudnionym dostępie do bazy dydaktycznej. Utrzymywanie tego absurdalnego i niesprawiedliwego systemu jest niedopuszczalne. Wprowadzenie całkowitego zakazu pobierania opłat oznaczałoby jednak po prostu zmniejszenie liczby studiujących i wskaźnika skolaryzacji o połowę, czyli powrót do sytuacji sprzed 1989 r., co jest równie niewyobrażalne. Jedyne wyjście to wprowadzenie powszechnego czesnego. Gdyby je płacili wszyscy, a nie tylko część studiujących, mogłoby o­no być znacznie niższe.

Ale rzecznicy sprawiedliwości społecznej zablokowali taką właśnie możliwość w konstytucji. Szuka się więc obecnie sposobu obejścia tej bariery, co prowadzi, jak to zwykle przy takich manipulacjach i kombinacjach, do niedorzeczności. Proponuje się zatem by płatne były studia uzupełniające, na wyższych latach, obejmujące drugi fakultet lub niektóre kursy (np. lektoraty). Oznacza to, że bezpłatnie studiowaliby wszyscy ci, którzy przyszli na uczelnie by uciec przed wojskiem, przedłużyć młodość, urwać się rodzinie lub wesoło spędzić czas, a także przerywający naukę w jej trakcie, natomiast płacić mieliby pracowici i ambitni, którzy chcą poszerzyć, uzupełnić lub pogłębić swoją wiedzę, a im dalej w studiowaniu by zaszli, tym solidniej byliby za to obciążani opłatami.

Elementarna logika nakazywałaby, by płatny był właśnie pierwszy, poniekąd próbny rok, egzaminy poprawkowe, powtarzanie kursu czy roku, natomiast czesne powinno się zmniejszać i zanikać w miarę czynienia przez studenta postępów w nauce, osiągania coraz lepszych wyników i podejmowania ambitniejszych zadań. To jednak kłóci się nie tyle z wymuszonym zapisem konstytucyjnym, co przede wszystkim z modelem sprawiedliwości społecznej realizowanej poprzez urawniłowkę, czyli równanie w dół.

Podobnie jest z opieką zdrowotną, gdzie powszechna jest obrona gwarancji bezpłatności podstawowych usług medycznych. Próżno profesor (a wówczas także senator) Religa przekonywał Zgromadzenie Narodowe podczas debaty konstytucyjnej, że to właśnie rutynowe porady w banalnych przypadkach u internistów w rejonowej przychodni mogłyby być płatne, bo dla pojedynczego pacjenta wiązałoby się to z niewielkim wydatkiem, natomiast państwo powinno zagwarantować ze środków publicznych specjalistyczną opiekę ciężko i obłożnie chorym, wymagającym przeszczepów, trudnych operacji czy skomplikowanych zabiegów, których kosztów nie jest w stanie pokryć żaden pacjent. To jest, oczywiście, zgodne z logiką, ale nie z niektórymi poglądami o sprawiedliwości społecznej. Jej ideały realizują się więc obecnie w ten sposób, że płaci się lekarzowi i personelowi za "bezpłatne" świadczenia pod stołem czy w kopercie, a im zabieg trudniejszy i wymagany przy nim personel liczniejszy, tym płacić trzeba więcej. Im kto bardziej dotknięty chorobą i cierpiący, tym wyższe ponosi koszty. Lekarze zaś i pielęgniarki znaleźli się w sytuacji porównywalnej do ekspedientek w sklepach mięsnych czasów PRL, załatwiających dostęp do reglamentowanego towaru po znajomości lub w zamian za prezenty. Sprawiedliwość społeczna dziwne zaiste przybiera kształty.

Przykład trzeci tworzy mieszkalnictwo, ze szczególnym trybem najmu i systemem regulowanych czynszów. Ceny za wynajem mieszkań nie zostały uwolnione ani w 1989 r., ani w latach późniejszych, lecz przewidziano to na 2004 r., po okresie 10-letniej karencji, który rozpoczął się w 1994 r.

Zaczynają się już pojawiać pierwsze głosy wyrażające lęk przed tym, co nastąpi za 6 lat. Należy się spodziewać, że takie obawy, a potem protesty będą się ujawniać coraz częściej. Wątkiem wiodącym staje się tu, jak w wielu innych kwestiach, sytuacja emerytów i rencistów, których uwolnienie czynszów ma ponoć szczególnie dotknąć, a pytanie "kogo będzie na to stać?!" zawisa jak złowróżbna przestroga nad mającym nadejść rynkowym systemem wynajmu mieszkań. Obecna sytuacja jest zaś niemal dokładną kopią modelu dystrybucji żywności w schyłkowym okresie PRL. Z jednej strony kartkowe przydziały po regulowanych i dotowanych cenach, ustalane według mętnych kryteriów i pokrętnych rozdzielników, a z drugiej strony "komercyjne" sklepy z szynką i kiełbasą po wielekroć wyższych cenach rynkowych. W sumie zaś ciągły niedobór, puste półki, zapyziałe sklepy i opryskliwe sprzedawczynie.

Aby dostrzec analogie, wystarczy rzucić okiem na stan i wygląd kwaterunkowych, zwłaszcza prywatnych budynków mieszkalnych czy stosunki między lokatorami a zarządcami i administracją oraz porównać wysokość regulowanych czynszów z rynkową ceną wynajmu mieszkania.

Podobieństwa do "systemu zaopatrzenia ludności" z czasów PRL są tym wymowniejsze, że chodzi o przeprowadzenie reform, które uwolniłyby szkolnictwo wyższe, usługi medyczne czy mieszkalnictwo od reglamentacji i dotacji, podobnie jak to się stało niecałe 10 lat temu z artykułami spożywczymi. Po zapowiedzi objęcia ich wolnym rynkiem i uwolnienia cen też słyszało się głosy przerażenia i oburzenia, natarczywe pytania "kogo będzie na to stać?!", protesty przeciw "uderzaniu w najuboższych" i rutynową obronę emerytów przed grożącą im rzekomo krzywdą. Ciekawe jak wielu byłoby dziś zwolenników powrotu do systemu kartkowego i dotowania cen żywności (choć przesadą byłoby stwierdzenie, że ich nie ma wcale). Ówczesnych malkontentów i histeryków usprawiedliwia po części to, że po kilkudziesięciu latach PRL nie mieli wyobrażenia jak funkcjonują mechanizmy rynkowe i system wolny od administracyjnej kontroli. Jeśli dzisiejsi nie potrafią sobie tego wyobrazić, to już ich wina.

Oczywiście, istnieją różnice między produkcją żywności i handlem spożywczym, a szkolnictwem wyższym czy opieką zdrowotną. Uczelnie wyższe nie są i nie będą instytucjami dochodowymi i nie maksymalizacja zysku jest ich zadaniem, a ochrona zdrowia to taka dziedzina usług, w której optymalne są rozwiązania ubezpieczeniowe. Jeśli ktoś nie wyobraża sobie jednak by mogły o­ne funkcjonować w oparciu o komercyjne reguły, to znaczy po prostu, że ma problemy z wyobraźnią.



2007 ©  Krakowskie Towarzystwo Przemysłowe
http://www.ktp.org.pl/