Nie będziemy ciężarem dla Unii Europejskiej
Tadeusz Syryjczyk


Poszerzenie Unii Europejskiej o nowych członków może mieć wpływ (a nawet tak się stać musi) na sytuację wewnątrz Unii. Jest rzeczą oczywistą, że kraje członkowskie nie będą chciały, by organizacja ta ulegała paraliżowi po przyjęciu nowych członków, ale aby szybciej rozwijała się. Stąd różne zastrzeżenia, enuncjacje i dokumenty dotyczące podstawowych zasad. Jest też druga strona medalu: zarówno ubiegając się o status członkowski jak i później, stając się już pełnoprawnym członkiem, musimy spełnić szereg kryteriów i oczekiwań, ale oczekiwania te wobec kandydatów mogą być inne w zależności od rozwiązań przyjętych wewnątrz Unii; wiadomo przecież, że sama Unia nie wszystkie swoje rozwiązania uważa za dobre. Mówiąc krótko: trudno Polsce przyczyniać się do reformowania UE jeśli jest poza jej obrębem.

Wydaje się, że fundamentem ustroju Unii - co jest zresztą zapisane w jej traktatach - jest zasada pomocniczości. Bez określenia przez samą Unię zakresu regulacji przynależnej do centrum oraz tego co pozostanie w gestii poszczególnych krajów, regionów i jeszcze mniejszych jednostek terytorialnych czy administracyjnych Unia nie będzie mogła funkcjonować.

Unia powinna wyciągnąć wnioski z prowadzenia polityki interwencjonistycznej. Wiedza, którą posiadamy teraz pozwala stwierdzić, że polityka tego typu nie przyśpiesza rozwoju, a niekiedy sprowadza całą gospodarkę lub jej segmenty na manowce. Pewne mechanizmy interwencyjne w Unii będą musiały ulec rewizji. Nic dziwnego zatem, że Unia przy okazji przyjmowania nowych członków podejmuje działania zreformowania niektórych mechanizmów, zwłaszcza wspólnej polityki rolnej. I to jest kwestia dla mnie dość jasna. Gdyby wspólną politykę rolną miano stosować w Polsce, to olbrzymia ilość budżetu naszego kraju musiałaby być przeznaczona na rolnictwo. Jest to praktycznie niewykonalne, bo jeżeli UE nie stać na prowadzenie dotychczasowej polityki rolnej w stosunku do kilku procent rolników, to na pewno ani Unii, ani Polski nie stać na to żeby te sposoby stosować w kraju gdzie z rolnictwa żyje 27 proc. ludzi.

Wszystkim powinno zależeć na spokojnym przekształcaniu naszego rolnictwa. Myślę, że propozycje Unii są bardzo zbliżone do rozsądnych opinii w Polsce - podstawą nie jest interwencja w rolnictwo, ale zapewnienie wielofunkcyjnego rozwoju wsi i małych miasteczek. Oznacza to możliwość przejścia z zawodu rolniczego do innego bez zmiany miejsca zamieszkania i bez wyludnienia wsi. Nie zapobiegniemy wyludnieniu wsi dotując rolnictwo, bo jest to sposób zbyt obciążający finansowo państwo (innych podatników). Jest oczywiste, że mechanizmy rynkowe wymuszają wyludnienie wsi i pojawienie się ludności napływowej, która w poszukiwaniu zajęcia dąży do miast, gdzie jest trochę łatwiej o zarobek. Na Zachodzie procesom migracji towarzyszył szybki wzrost przemysłu, który wchłaniał wielką ilość niewykwalifikowanej siły roboczej. W dzisiejszej Polsce nie ma tego typu rozwoju przemysłu. My również wchodzimy w etap, gdy bardziej rozwijają się usługi, udział przemysłu w Produkcie Krajowym Brutto stopniowo spada, a ten przemysł, który pozostaje musi zwiększać swoją wydajność i nie tworzy nowych miejsc pracy.

W interesie Unii i kandydatów jest liberalizacja w przepływie towarów, usług i siły roboczej. Przejawem najwyższej solidarności z krajami uboższymi zarówno wewnątrz Unii jak i pomiędzy samą Unią i krajami pozostającymi na zewnątrz jest prosta zasada liberalizacji handlu. W wypadku Polski lepiej, żeby UE pogodziła się eksportem z Polski usług i towarów na jej obszar z trzech powodów. Po pierwsze, ponieważ część towarów będzie tańsza, uwolni się popyt mieszkańców krajów bogatych na inne towary, co będzie czynnikiem wzrostu gospodarczego. Po drugie, taki import spowoduje wewnątrz samej Unii przyśpieszoną restrukturyzację tych przemysłów, które właśnie teraz podtrzymywane są dzięki protekcjonizmowi, a UE ma być strefą wolnego handlu czyli nieograniczonej konkurencji. Po trzecie wreszcie - i jest to dla nas szansa - wykorzystamy fakt, że nasz pracownik jest tańszy, będzie miał pracę i wzbogaci się; w efekcie nastąpi stopniowe wyrównanie różnic, jednak nie połączone ze stagnacją w Europie Zachodniej, ale przeciwnie, z szybszym jej rozwojem.

Najbardziej niepokoją mnie stwierdzenia o występowaniu w krajach wchodzących do Unii dumpingu socjalnego, ze względu na niskie płace. Jeżeli zakłada się, że pracownik w tych krajach ma zarabiać tyle samo co w Niemczech czy Francji i dopiero wtedy UE pozwoli na konkurencję, to oczywiście stawiamy kraje uboższe poza nawiasem Wspólnoty. Wiadomo, że w tych krajach jest mniejsze wyposażenie kapitałowe, niższa produktywność pracy, ale i niższa cena pracy i tylko dzięki temu kraje te mogą konkurować. Jeżeli powiemy, że przy tej niskiej produktywności płaca ma być taka sama jak na Zachodzie, to mamy eksperyment typu NRD. Skończył się o­n olbrzymim bezrobociem, frustracją i sytuacją, w której ludność NRD poprzez zasiłki i pomoc socjalną żyje na koszt innych. Nie jest to z pewnością upragniony skutek żadnej polityki gospodarczej. Chyba lepiej, żeby Polska, podobnie jak Węgry, Czechy czy inne kraje wchodzące do Unii wykorzystały swoje "upośledzenie" tzn. niską cenę siły roboczej, by konkurować, zwiększać swoją produkcję i stopniowo pozyskiwać w ten sposób kapitał na poprawę produktywności. Zgoda na retorykę dumpingu płacowego podważa racje integracji i jest przejawem nieopłacalnego dla nikogo egoizmu, ponieważ spowalnia swój własny i innych rozwój.

Za pokrewny, chociaż nie tożsamy z zarzutem dumpingu socjalnego uważam pomysł UE opóźnienia przepływu siły roboczej pomiędzy przyszłymi krajami członkowskimi a "starymi członkami"; w takich ograniczeniach nie wiadomo czy chodzi o siłę roboczą, czy o rezultaty jej pracy. Migracja ludzi w poszukiwaniu pracy jest zawsze spowolniona przez ceny mieszkań i żywności.

W dokumencie cytowanym niedawno w Rzeczpospolitej mówi się, że nie możemy być dla Unii żadnym problemem. Niedługo się przekonamy, że obok rozwiązań, które służą przyśpieszeniu wzrostu rozwoju gospodarczego są w Unii zaszłości o charakterze nadregulacji czy też nadinterwencji. Mam na myśli np. nadregulacje w zakresie normowania (przysłowiowy kąt zakrzywienia banana czy ogórka). Warto zatem podczas negocjacji pamiętać o istnieniu rozwiązań, których u nas nie ma i nie opłaca się ich wprowadzać, przypominając drugiej stronie, że są o­ne też być może szkodliwe dla niej samej.



2007 ©  Krakowskie Towarzystwo Przemysłowe
http://www.ktp.org.pl/