Dalekosiężne cele
Leszek Balcerowicz


Jednym z haseł wyborczych Unii Wolności było doprowadzenie do sytuacji, w której Polska będzie się trwale rozwijać najszybciej w Europie. Czy Pana zdaniem jest to maksimum, na które Polskę stać - przy danych uwarunkowaniach politycznych, psychospołecznych itd.? Czy potrafi Pan wyobrazić sobie warunki, w których Polska rozwijałaby się nie tylko najszybciej w Europie, ale tak, jak "azjatyckie tygrysy" rozwijały się w swoich najlepszych latach?

Warunki potrafię sobie wyobrazić, ale spełnić je byłoby bardzo trudno. Co jest specyficznego dla tego bardzo szybkiego - do niedawna zresztą - azjatyckiego wzrostu? Bardzo niski poziom wydatków socjalnych, brak systemu ubezpieczeń społecznych i związany z tym niski poziom obciążeń podatkowych. My startujemy do reform sfery socjalnej z pewnym dziedzictwem - obowiązującym aktualnie systemem oraz określonym zespołem społecznych oczekiwań. Nikt rozsądny nie zaproponuje Polakom, żeby nagle znieść system emerytalny i bez reszty zaufać indywidualnej przezorności.
Można zresztą powiedzieć, że to, co ekonomiści nazywają funkcją dobrobytu, a inni po prostu jakością życia, obejmuje nie tylko jeden wskaźnik - tempo wzrostu poprawy dochodów realnych - ale zawiera także parę innych elementów. Jednym z nich jest poczucie bezpieczeństwa. W naszym przypadku chcąc wprowadzić Polskę na orbitę superszybkiego wzrostu trzeba by osłabić poczucie bezpieczeństwa, wyeliminować pewne elementy aktualnego systemu. A to jest politycznie niemożliwe. Będę zresztą bardzo zadowolony, jeżeli Polska będzie się przez kilkanaście lat rozwijać w tempie 6, 6,5, 7 procent rocznie. To i tak da nam niebywały awans.

Przyjmijmy zatem, że uda się Panu zrealizować obietnicę wyborczą Unii Wolności i doprowadzić do tego, że Polska będzie podwajać dochód narodowy w ciągu 10 lat. Jeśli wierzyć rocznikom statystycznym oznacza to, że osiągniemy taki poziom dochodu narodowego per capita, jakim obecnie cieszy się Grecja - najuboższy z krajów Unii Europejskiej - za 20 lat! W przyszłym pokoleniu... Pan na pewno potrafi skorygować ten rachunek, ale czy Pana zdaniem istnieje w Polsce świadomość, że nasz dystans ekonomiczny do krajów Zachodu jest tak olbrzymi i że aspirujemy do Unii - co jest zupełnie oczywiste z powodów politycznych - po to, by się w niej znaleźć jako "gorsi Grecy"?

Takie obliczenia trzeba przeprowadzać w kategoriach parytetu siły nabywczej, a nie rynkowych kursów walutowych, gdyż inna jest struktura cen w Polsce, a inna w Grecji. Wtedy ten dystans okaże się mniejszy. Oczywiście obecnie te rozpiętości są mimo wszystko duże, ale uważam, że powinno to nas raczej mobilizować niż deprymować. Najważniejsza przy tym jest perspektywa, że warunki życia w Polsce mogą się - w odpowiednich warunkach - szybko poprawiać. Dla przeciętnego człowieka nie tyle chyba istotne jest to, że w danej chwili jest (statystycznie rzecz biorąc) biedniejszy niż Grek, ile to, że warunki jego życia istotnie się poprawiają.

Wydaje się jednak, że to powinno być istotne dla klasy politycznej i dla środowisk opiniotwórczych. Czy przynajmniej o­ne mają pełną świadomość dystansu, o którym tu mówimy? I tego, że kwestia pół procenta deficytu budżetowego, co bywa przedmiotem sporu, przekłada się na możliwości pokonania tego pokoleniowego dystansu?

Świadomość, że reformowanie Polski jest zadaniem historycznym, jest zbyt słaba. A przecież mamy szansę skracać dystans, który powstawał nie tylko w ciągu ostatnich 50 lat - choć w tym okresie wyraźnie się o­n pogłębił - ale już dawniej. Drogi gospodarczego rozwoju Polski i Europy Zachodniej zaczęły się rozchodzić właściwie już dwieście lat temu. Tak więc każdy krok w polityce gospodarczej powinien być oceniany z punktu widzenia tego historycznego zadania. Tak się jednak nie dzieje, gdyż - to nie jest krytyka, to jest stwierdzenie faktu - spora część ludzi uczestniczących w polityce patrzy na swą aktywność wyłącznie z perspektywy bieżącej. Znaczy to, że dla bardzo wielu polityków najważniejsze są pytania typu: w jaki sposób moja wypowiedź, mój krok wpłynie na wyniki jutrzejszego sondażu albo na wyniki wyborcze za pół roku? Tego nastawienia nie można rzecz jasna absolutnie odrzucać i kategorycznie krytykować. Cechą demokracji jest przecież to, że możliwość realizowania dalekosiężnych celów zależy od akceptacji wyborców, a więc od krótkoterminowych sukcesów politycznych. Uważam jednak, że wzmocnienie perspektywy historycznej, lepsze uświadomienie sobie przez klasę polityczną ogromu zadań, jakie przed nią stoją, byłoby rzeczywiście niezwykle pożądane.
Muszę jednak dodać, że nie zgadzam z manierą natrętnego krytykowania klasy politycznej w Polsce. Nie dlatego, że teraz do niej należę, tylko dlatego, że ta krytyka nie jest wyważona. Po pierwsze, politycy - przeciętnie rzecz biorąc - są odzwierciedleniem społeczeństwa. Tymczasem nikt, kto krytykuje polityków, nie przyzna, że krytykuje społeczeństwo. Przeciwnie, mówi się o wspaniałym społeczeństwie i tych niedobrych politykach. To jest w moim przekonaniu oczywiście naciągane.
Po drugie - wydaje mi się, że styl polskiej polityki nie odbiega na naszą niekorzyść od tego, co dzieje się w wielu znanych mi krajach zachodnich. Powiedziałbym nawet, że od niektórych narodów jesteśmy pod tym względem wręcz lepsi. Nie mam przy tym na myśli samych tylko czysto zewnętrznych cech zachowania - w końcu w naszym Sejmie posłowie nigdy się nie pobili, co czasem się zdarza w niektórych innych parlamentach - ale styl polityki rozumiany szerzej i głębiej. Weźmy przykład Włoch, które muszą obecnie uzdrowić swoje finanse publiczne, bo inaczej nie wejdą do unii monetarnej. Otóż cała centroprawicowa koalicja usiłuje zablokować wszystkie zmierzające w tym kierunku posunięcia rządu. To jest gorszące, ale to się dzieje. Uważam, że do tej pory w Polsce na szczęście nie zdarzyło się nic równie skandalicznego. I mam nadzieję, że się nie zdarzy.
Nie chciałbym oczywiście, by wobec polityków stosować taryfę ulgową, tylko żeby sądy o nich były wyważone. Uważam, że klasie politycznej należy stawiać bardzo wysokie wymagania - m. in. właśnie ze względu na historyczny charakter stojących przed nimi zadań - ale nie popadać w manierę krytyki wedle schematu "wspaniałe społeczeństwo i źli politycy".

Skoro mówimy o poczuciu historycznego przełomu - czy odczuwa Pan pod tym względem jakąś różnicę między rokiem 89 czy 90, kiedy zmieniał się system, a dniem dzisiejszym, kiedy trzeba już tylko zmieniać segmenty nowego systemu?

W tamtych latach poczucie historycznego przełomu było bardzo silne. Nie można go było nie odczuwać w sytuacji, w której tkwiliśmy w autentycznym, głębokim kryzysie gospodarczym, a równocześnie następował przełom polityczny. Teraz tego nie ma. Można więc powiedzieć, że pod względem ekonomicznym dzisiejsza sytuacja jest lepsza, a pod względem uwarunkowań psychospołecznych - trudniejsza. Co zatem robić? Trzeba - i to jest zadanie dla wszystkich, którzy myślą w kategoriach historycznych - wzmacniać świadomość historycznego wyzwania. Warto się wręcz odwoływać do dumy, ambicji narodowej: oto mówi się o nas, że jesteśmy dobrzy tylko w szarży, więc musimy udowodnić, że potrafimy wygrać systematyczną, długą kampanię.

George Gilder w "Bogactwie i ubóstwie" wielokrotnie podkreślał, iż jest czymś wręcz w rodzaju prawa natury, że ludzie ubodzy muszą pracować więcej i ciężej niż bogaci, że to jest dla nich jedyna realna możliwość wydobycia się biedy. Czy nie uważa Pan, że ta sama prawda odnosi się do ubogich narodów? A jeżeli tak, to czy jest o­na dostrzegana w Polsce przez klasę polityczną?

To jest bardzo ważne pytanie. Trzeba powiedzieć, że ci, co są bogaci, kiedyś byli ubodzy: ciężko pracowali i dzięki tej pracy stali się bogaci. W naszych warunkach oznacza to, że trzeba pracować rozumnie: od codziennego znoju bez porównania ważniejsza jest rozumna praca na tych szczeblach, na których rozstrzygają się warunki pracy innych ludzi. W tym miejscu dochodzimy do jakości pracy polityków, zwłaszcza w takich czasach i warunkach, w jakich przyszło nam żyć. Praca polityków polega na kształtowaniu ram działania dla innych ludzi, a te ramy nazywają się ustrojem. Zadaniem reform ustrojowych jest uczynić ludzką pracę owocną, bardziej owocną. W Polsce na pewno nie powinniśmy dążyć do skracania czasu pracy, to byłby wyraz konsumpcjonizmu związkowego, zwłaszcza przy utrzymywaniu tego samego poziomu płac. Nie jest też potrzebny nacisk na wydłużanie czasu pracy, chociaż tu dodam, że nie należy stawiać ustawowych przeszkód ludziom, którzy chcą więcej pracować. Nawet tzw. Karta socjalna Unii Europejskiej, która na pewno nie jest jej najlepszym rozwiązaniem, nie zakazuje ludziom pracowania więcej, jeśli tego zechcą.
Istota reformy leży jednak w podnoszeniu jakości pracy, przez którą rozumiem relację pomiędzy umownie mierzonym naturalnym wysiłkiem a efektem. Pamiętamy przecież, że główny problem socjalizmu polegał na niezmiernie niskiej jakości pracy.

Czy jest Pan przekonany, że w Polsce - po latach zapóźnienia socjalistycznego - można zachęcać ludzi do pracy samym tylko hasłem "bogaćcie się"? Czy racjonalnie myślący Polak, który ma możliwość wyjechać do Stanów Zjednoczonych, nie powinien tego zrobić - zamiast czekać kilkanaście lat, aż Polska stanie się drugą Grecją? Czy motywacja ekonomiczna w Polsce, Pana zdaniem, jest wystarczająca?

Trzeba się wystrzegać fałszywych przeciwstawień: że jeżeli ktoś mówi o jednym, to wyklucza drugie. Nie ma takiego logicznego wynikania. Nikt nie zaprzeczy, że ekonomiczny wymiar ludzkiego życia jest bardzo ważny, ale też nikt nie twierdzi, że jest to wymiar jedyny. To chyba zrozumiałe, że dziedziną, która mnie szczególnie interesuje i w której, jak sądzę, mogę wiele zdziałać, jest dziedzina ludzkiej aktywności ekonomicznej. Ludzkie dążenie do lepszego życia - lepszego w sensie ekonomicznym - do tego, żeby mieć lepsze mieszkania, opiekę zdrowotną, wykształcenie, samochody, jest masowe i nieodparte.
Obowiązkiem państwa jest stworzenie ludziom możliwości zaspokojenia ich aspiracji. Powinno o­no zatem tworzyć system instytucjonalny odpowiadający pragnieniu lepszego życia - i to jest system wolnorynkowy. Zadanie tworzenia tego systemu nie ma nic wspólnego z lekceważeniem innych wyznawanych przez ludzi wartości.

Ostatnie pytanie dotyczy przyszłości krajów rozwiniętych. Pesymiści twierdzą, że grozi im pogłębianie się społecznego pęknięcia, utrwalenie się klasy bezrobotnych, którzy mają zbyt niskie wykształcenie, by znaleźć zatrudnienie. Czy uważa Pan, że podaż pracy wymagającej niskich kwalifikacji musi się z ekonomicznych powodów kurczyć?

Zdecydowanie nie. Już od 300 lat niewykształceni ekonomicznie intelektualiści głoszą katastroficzne zapowiedzi oparte na założeniu, że dana jest pewna suma pracy. Jak do tej pory nie znalazły o­ne potwierdzenia w rzeczywistości. I nic dziwnego: u podłoża rosnącego bezrobocia nie leżą globalne wyzwania technologiczne i tendencja do globalizacji, tylko zła polityka gospodarcza niektórych krajów. Mamy na to, jak już mówiłem, niezbity dowód empiryczny: porównanie poziomu bezrobocia w Stanach Zjednoczonych i krajach Europy Zachodniej dwadzieścia lat temu i dziś. W ciągu tego czasu bezrobocie w Europie Zachodniej wzrosło ponad dwukrotnie, a w Stanach Zjednoczonych utrzymało się na tym samym poziomie czy wręcz nieco spadło. Oczywistą przyczyną są różnice polityki gospodarczej.
Uderza mnie natomiast socjaldemokratyczny mit, obłuda czy hipokryzja intelektualnych elit lewicowych, które co rusz wymyślają nowe teorie, żeby usprawiedliwić swoją złą politykę. Zamiast uderzyć się w piersi, gromią Stany Zjednoczone za rzekomo niskie płace; formułują fałszywe empirycznie twierdzenia, że w Stanach Zjednoczonych miejsca pracy powstawały w samych McDonaldach itd. Tymczasem wysokie bezrobocie nie ma źródeł w istocie wolnego rynku, lecz w błędnej polityce gospodarczej, dławiącej wolny rynek. To samo doświadczenie, które sfalsyfikowało koncepcje lewicowe, pokazuje również - i to byłaby właściwa puenta naszej rozmowy - że jest też możliwa dobra, sprzyjająca rozwojowi polityka gospodarcza.

Dziękujemy za rozmowę.

Rozmawiali: Grzegorz Łuczkiewicz i Janusz A. Majcherek



2007 ©  Krakowskie Towarzystwo Przemysłowe
http://www.ktp.org.pl/